
Każdy, kto niedawno stał w kolejce po bajgiel lub kawę w lokalnej piekarni i widział, jak wszyscy w oszołomieniu wpatrują się w swoje telefony komórkowe, najwyraźniej bojąc się zostać na dwie minuty sam na sam ze swoimi myślami, na pewno utożsami się z „Powodzenia, baw się dobrze, nie umieraj”, prowokacyjnym nowym podróże w czasie science-fiction komedia w reżyserii Gore’a Verbinskiego, z wiecznie zwariowanym Samem Rockwellem w roli głównej.
Tutaj Verbinski (Rango, Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły) powraca do hollywoodzkiej formy filmowej z ostrą, kąśliwą satyrą na zepsute choroby smartfonów, sztucznej inteligencji, Gry wideo VRi toksyczne zło mediów społecznościowych.
Wszystko zaczyna się dość spokojnie, dopóki rozczochrany mężczyzna ubrany w apokaliptyczny kombinezon survivalowy wykonany samodzielnie (Rockwell) wpada do kawiarni Norm’s w Los Angeles typowej nocy dokładnie o 22:10, deklarując, że pochodzi z koszmarnej, apokaliptycznej przyszłości. Jest tam, aby zrekrutować grupę gości, którzy pomogą mu ocalić planetę przed miliardami zgonów spowodowanych nikczemną superinteligencją sztucznej inteligencji.
Na początku nikt nie wierzy temu brodatemu maniakowi, ale wykonał tę samą misję 117 razy, więc zna kilka niesamowitych szczegółów na temat ludzi zasiadających do burgera lub kawałka ciasta. Kiedy wybiera siedmiu przypadkowych ludzi i pojawia się policja, aby zatrzymać lub zabić groźnego wariata, film ewoluuje w przypominającą grę wideo wyprawę mającą na celu osiągnięcie pewnych „punktów zapisu” po drodze i próbę załadowania środków bezpieczeństwa AI, aby naprawić przerażającą przyszłość. Celem jest dziewięcioletni chłopiec, który w swojej sypialni tworzy superkomputer AI, który pewnego dnia zniszczy życie.
„Good Luck, Have Fun, Don’t Die” prezentuje znakomitą obsadę, w tym Michael Peña, Juno Temple, Haley Lu Richardson, Zazie Beetz, Asim Chaudhrey, Tom Taylor i Riccardo Drayton. Ale to występ Rockwella („Galaxy Quest”, „Moon”) na pełnych obrotach i porywający występ spaja całe to szalone przeżycie i z czystą radością patrzy się, jak przechodzi w czystą, nierozcieńczoną manię.
Jeśli myślisz, że „Dzień świstaka” spotyka się z „12 małpami” z domieszką „Gotowy Gracz Pierwszy„zbliżyłbyś się do mieszaniny gatunków, którymi bawi się Verbinski w swoim pesymistycznym komentarzu społecznym napisanym przez Matthew Robinsona.
Ta przestroga, utrzymana w dziwnym tonie Terry’ego Gilliama, przywoływanym w filmach „Król Rybak” i „Bandyci czasu” brytyjskiego reżysera, ta ostrzegawcza opowieść o korozyjnych skutkach fatalnego przyciągania społeczeństwa i nadmiernego polegania na naszych cennych elektronicznych zabawkach powinna mocno poruszyć każdego, kto jest świadkiem bezmyślnego wysyłania SMS-ów przez współobywateli, jadąc z dużą prędkością samochodem z kolanami w dużym ruchu.
W miarę rozwoju narracji film powraca i powraca, przedstawiając historie każdego z siedmiu towarzyszy, które w zamierzeniu mają charakter humorystyczny, ale często wydają się po prostu smutne. Po wielu nieudanych próbach i wielu makabrycznych śmierciach, nasza maniakalna banda prowadzona przez zrzędliwego, rozczochranego podróżnika Rockwella napotyka wszystko, od tłumów włóczących się zombie nastolatków, nieszczęsnych zamaskowanych zabójców i zmutowanego kotka kaiju.
Pod koniec długiego, 127-minutowego czasu trwania wszystko popada w szalony stan kreskówkowej parodii, a przesłanie Gorbińskiego staje się nieco znużone i niejasne, a kulminacją jest satysfakcjonujący, ale ponury finał.
I przysięgamy, że jest to niezbyt subtelne ukłon w stronę obłąkanych zabawek Sida z piaskownicy z „Toy Story” z 1995 roku, rzuconych na dobre w krzykliwej, hiperaktywnej kulminacji.
Jednak być może najbardziej wytrącający z równowagi element oglądania „Good Luck, Have Fun, Don’t Die” następuje po napisach końcowych i widzach w każdym wieku wpychanych z powrotem do oświetlonych korytarzy i holu multipleksu, by natychmiast chwycić za telefon i powrócić do niszczycielskiej sztucznej rzeczywistości, której właśnie byli świadkami, tworząc w ten sposób surrealistyczny moment, w którym życie naprawdę naśladowało sztukę ośmieszającą życie.