
Wtedy nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy – nikt tego nie robi – ale lata 90. to w Hollywood epoka vintage.
Był to czas, gdy duże studia chętnie brały udział w oryginalnych scenariuszach, wiedząc, że ludzie często kupują bilety do teatru, aby obejrzeć wysokiej jakości premiery. Oczywiście, dobre filmy zawsze będą kręcone – tak jak nawet najbardziej złote wieki produkują sporo śmierdzi – ale był to czas, gdy okręgi na diagramie Venna oznaczone jako „uznane” i „popularne” przecinały się w zadowalająco regularny sposób.
Ale poza przyjazną krytykom twórczością takich artystów jak Quentin Tarantino, bracia Coen, Paul Thomas Anderson i Martin Scorsese, był to także szczytowy okres dla filmów akcji przyjaznych popcornowi… a zwłaszcza filmów akcji science-fiction. Recenzenci Highbrow nie zawsze doceniali wówczas ich błyskotliwość, ale patrząc wstecz na te wszystkie dziesięciolecia, wiele z najlepszych przykładów nadal jest aktualnych.
„Dzień Niepodległości” – która w zeszłym tygodniu skończyła 30 lat — nie jest nawet najlepszym tytułem w gatunku, ale wielokrotnie pokazuje, dlaczego koniec XX wieku był idealnym czasem na przeżycie hitowych emocji i sensacji w multipleksie. I, spoiler, w zasięgu wzroku prawie nie było superbohatera.
Lata 80. doskonale przerwały eksplozję akcji następnej dekady. Z jednej strony była prorodzinna oferta, której zwolennikami byli George Lucas i Steven Spielberg, ponadczasowe filmy, takie jak kontynuacje „Gwiezdnych wojen”, „ET”, „Powrót do przyszłości” i „Indiana Jones”, które wyprodukowały pokolenie początkujących kinomanów. Uzupełniały je bardziej surowe, brutalne i dorosłe przygody, spopularyzowane przez takie filmy jak „Aliens”, „Predator” i „Die Hard”.
Wszystko, co nie było spektakularne, nie zajmowałoby już miejsca na liście hitów kinowych, ponieważ dzieciaki z lat 80. nieco podrosły i postanowiły zabrać ze sobą swój nowy ulubiony gatunek.
Łatwo odrzucić ten rodzaj tworzenia filmów, uznając go za uproszczony i głupi. Bohaterami plakatu byli uber-producenci Jerry Bruckheimer i jego zmarły partner filmowy Don Simpson, których etos „wysokiej koncepcji” sprowadził filmy do zwięzłej treści, którą można było zawrzeć w jednym zdaniu.
Jednak niekwestionowana klasyka firmy z tamtej epoki jasno pokazuje, że o coś chodziło – „Crimson Tide” (zwaśnione okręty podwodne próbują zapobiec III wojnie światowej), „The Rock” (zbuntowani żołnierze piechoty morskiej zdobywają Alcatraz, aby przejąć San Francisco dla okupu) i „Con Air” (grupa więźniów zdobywa ich samolot transportowy). To przepis, który sprawdził się także w przypadku „Prędkości” (bomba wybuchnie, jeśli autobus zjedzie poniżej 50 mil na godzinę), „Twistera” (naukowcy ścigają tornada po całej Ameryce) i „Under Siege” („Szklana pułapka” na łodzi).
Duet reżyserów i producentów Rolanda Emmericha i Deana Devlina wyraźnie zwrócił na niego uwagę podczas kręcenia „Dnia Niepodległości”, będącego kontynuacją „Gwiezdnych wrót” z 1994 roku. Zacznijmy od ich własnej, wysokiej koncepcji, którą można łatwo podsumować jako współczesne nawiązanie do „HG Wellsa”Wojna światów“, ale z większymi statkami kosmicznymi i wyraźniejszym fetyszem głównych atrakcji.
Rozmawiam z StrażnikDevlin przypomniał sobie oryginalny pomysł Emmericha. “[He said]„A co by było, gdybyśmy obudzili się jutro rano i wyszli na zewnątrz po gazetę, a nad nami znajdowałby się statek kosmiczny o szerokości 25 mil, zasłaniający słońce całemu miastu?” Potem odwrócił się, spojrzał na mnie i powiedział: „Myślę, że mam następny film”.
„Dzień Niepodległości” nie musiał być częścią dużej serii, aby zostać zauważonym. Do tego wystarczyły zwiastuny zwiastunów ze starannie opracowanymi choreografiami momentów niszczenia hotspotów turystycznych, podobnie jak genialny plakat filmu science-fictionw którym Manhattan był przyćmiony przez latający spodek. „Odpowiedź na pytanie, czy jesteśmy sami we wszechświecie, została udzielona” – głosi cudownie niosący zagładę slogan.
Podobnie jak w przypadku wielu innych klasyków kina akcji tamtej epoki – nie wspominając o klasycznych eposach katastroficznych Irwina Allena z lat 70., takich jak „Przygoda Posejdona” i „Piekło w wieżowcach” – „Dzień Niepodległości” przedłożył obsadę nad spektakl.
Największym nazwiskiem w tym zestawieniu był prawdopodobnie Jeff Goldblum, który dzięki podwójnemu sukcesowi „Parku Jurajskiego” i „ID4” przez krótki czas miał w swoim CV dwa najbardziej dochodowe filmy wszechczasów.
Ale Emmerich i Devlin również dostrzegli gwiazdorską moc Willa Smitha zanim stał się prawdziwym gwiazdorem i obsadził liczną obsadę drugoplanową znanymi – choć niekoniecznie gwiazdami filmowymi – nazwiskami: Judd Hirsch z „Taxi” w roli ojca Goldbluma, Bill Pullman jako idealistyczny POTUS i Randy Quaid jako były pilot mający smykałkę do ET. Zwiększyli także reputację filmu jako maniaka, obsadzając Brenta Spinera („Star Trek: Następne pokolenie” Dane) Jak Obszar 51ekscentryczny szef badań nad istotami pozaziemskimi.
Zapełnienie filmu wartościowymi aktorami przyniosło duże korzyści, pomagając ugruntować film, którego scenariusz rzadko stronił od śmieszności. W scenariuszu, który przechodzi od pełnej akcji akcji, przez świadome gagi, po nazbyt poważne, uderzające w wannę przemówienia prezydenckie (i z powrotem), z pewnością pomocne będzie, jeśli obsada będzie mogła odgrywać swoje role tak, jakby byli na scenie w Royal Shakespeare Company. Podobnie nikt nie mógł oglądać Eda Harrisa w „The Rock” lub Gene’a Hackmana w „Wrogu państwa” i twierdzić, że to oni dzwonili.
Wiele można powiedzieć także o praktycznych efektach „Dnia Niepodległości”. Połowa lat 90. była niebezpiecznym okresem dla reżysera filmowego, kiedy wielu odczuwało pokusę wykorzystania efektów komputerowych, choć powinni byli wiedzieć lepiej. Jednak spójrz na najlepsze filmy akcji tamtej epoki, a zauważysz, że wykorzystują one grafikę komputerową do ulepszania, a nie zastępowania bardziej tradycyjnych technik.
Choć „Park Jurajski” był przełomowy, Steven Spielberg niezwykle oszczędnie korzystał z cyfrowych momentów, podczas gdy „Matrix” – film, którego efekty punktorowe szybko stały się wszechobecne – oparł swoją akcję na walkach na żywo i pracy na drutach.
„Dzień Niepodległości” został wycięty z tego samego materiału, wykorzystując grafikę komputerową we właściwych miejscach (przede wszystkim podczas spektakularnych walk powietrznych), jednocześnie budując (a następnie wysadzając w powietrze) skomplikowane, praktyczne modele, aby zapewnić chwile czystej, radosnej kinowej rzezi. Te chwile niewątpliwie byłyby teraz animowane w komputerze, tracąc cechy dotykowe – i wewnętrzną powagę sytuacji – które uchwycisz tylko w prawdziwym życiu.
Trzydzieści lat później „Dzień Niepodległości” i jego bracia akcji z lat 90. zaczęli czuć się jak relikt. Jasne, filmy o superbohaterach, ich najbardziej oczywisti potomkowie, wciąż skupiają uwagę na największych talentach aktorskich, a najlepsi reżyserzy (w szczególności Christopher Nolan) starają się kręcić praktycznie, kiedy tylko mogą.
Jednak poza licznymi spin-offami „Szklanej pułapki”, wymowne było przede wszystkim pokolenie lat 90 oryginalny historie, z dala od ograniczeń związanych z kręceniem filmów franczyzowych, rozpoczynając i kończąc całą historię w około dwie godziny. Rzeczywiście, to niezwykłe, jak niewiele klasyków tamtej epoki doczekało się udanej kontynuacji. („Dzień Niepodległości: Odrodzenie” czekał 20 lat, a kiedy to zrobił, jego sprzedaż kasowa nie osiągnęła nawet połowy tego, co jego poprzednik.)
I co najważniejsze, w filmach akcji końca XX wieku zwykle chodziło o filmy akcji ludzie. W większości były to śmieszne, przesadne, szeroko narysowane, sztampowe postacie z foremek do ciastek, ale jednocześnie – w mniejszym lub większym stopniu – przestrzegały praw fizyki. Bez supermocy i magii, na których mogliby się oprzeć, bohaterowie musieli polegać na niczym więcej niż na nieprawdopodobnym poziomie pomysłowości i odporności, umiejętności unikania kul/ognia laserowego i daru rzucania właściwych żartów we właściwym czasie. „Dzień Niepodległości” mógł po prostu coś wskórać.
„Dzień Niepodległości” jest dostępny w Hulu w USA i Disney+ w Wielkiej Brytanii.