
Był czas, kiedy wszystko się kończyło. Kiedy historie na naszych ekranach miały początek, środek i koniec. Czas, kiedy trylogia była najdłuższą serią filmów, na jaką można było liczyć, i kiedy wyemitowano ostatni sezon serialu, był to właściwie jego ostatni sezon.
Ten czas minął. Star Trek, Gwiezdne Wojny, Marvel, Godzilla, Stranger Things, Gra o tron, Władca Pierścieni, DC, Doctor Who… lista jest długa. Te franczyzy nie są już nośnikami ustrukturyzowanych historii, ale zamiast tego rozległymi wszechświatami, w których historie tworzą się, zderzają i wędrują dalej. do nieskończoności. Jeśli udany film lub serial się zakończy, rezultat będzie bardziej podobny, zwłaszcza jeśli ma już ugruntowaną rzeszę fanów.
Nie jest to wcale nowa obserwacja. Wszyscy od czasu do czasu dyskutowaliśmy o tym, że franczyzy i uniwersa kinowe wymknęły się spod kontroli. Sam fakt, że obecnie nazywamy te rzeczy franczyzami, powinien rzucić światło na to, czym się stały. Nie jesteśmy tu, żeby znowu nad tym ubolewać.
Kontynuacja artykułu poniżej
Zamiast tego chcemy porozmawiać o tym, co dzieje się z czymś, co nigdy się nie kończy; konsekwencje tego niekończącego się kieratu treści. Co dzieje się z nami, publicznością (a może nawet społeczeństwem), kiedy nie wolno nam już dokończyć historii?
To koniec świata, jaki znamy
Rozszerzone uniwersa nie są niczym nowym. Wśród litanii filmy science-fiction zamieniając się w rozległe franczyzy/wszechświaty, prawdopodobnie masz taki, który jest dla ciebie szczególnie ważny, a większość z nich ma pod swoim parasolem całą litanię komiksów, powieści i gier wideo. Zawsze jednak były one niszowe i ukryte przed głównym kanonem. Teraz są to wielomilionowe programy transmitowane strumieniowo i premiery kinowe.
Te światy są obecnie kulturowymi punktami styku. To współczesne mity, które opowiadamy niczym Odyseusz, ale nikt nigdy nie dociera do domu, bo franczyza musi być kontynuowana. Wpływ filmu i telewizji jest o wiele większy niż książek czy komiksów. Te poprzednie, rozszerzone uniwersa pozwoliły ukochanym opowieściom przetrwać, ale nie zdefiniowały ducha czasu tak, jak robią to obecnie franczyzy.
I co być może najważniejsze, nie było internetu, w którym można było rozróżnić każdy aspekt, a dyskusje na temat stale rozwijającej się wiedzy toczyły się w grupach znajomych, na przeciw lub na ograniczonych forach. Kiedy zakończyła się seria Treka, to był jej koniec (z wyjątkiem kilku epizodów), a nie szansa na wydzielenie ściśle powiązanego programu lub przywrócenie go kilkadziesiąt lat później.
Dla kontrastu, dwa ostatnie aktorskie seriale Star Trek – Strange New Worlds i Starfleet Academy – zostały wydzielone z Discovery, ponieważ wszystko wymaga połączenia. I nawet nie zaczynaj nam mówić o tym bałaganie MCUz nieskończoną liczbą programów i filmów, które mają sens tylko wtedy, gdy widziałeś poprzednie pięć wpisów.
Żeby było jasne, wynik końcowy nie zawsze – ani nawet zazwyczaj – jest zły. Wydania takie jak Andor, Lower Decks, a nawet Thunderbolts pokazały, że eksploracja mniej znanych zakątków ustalonych wszechświatów może być kopalnią złota. Problem w tym, że te marki żyją obecnie w pętli wiecznej nostalgii, a fani zarówno chcą przeszłości, jak i nieustannie pytają, co będzie dalej. Ale bez szansy na pożegnanie się z naszymi bohaterami tracimy kluczową część historii; ich zakończenia.
A najgorsze jest to, że jeśli szukamy kogoś, kogo można za to winić, wystarczy, że spojrzymy w lustro. Prosiliśmy o to – czasami bezpośrednio, ale często głosując własnymi portfelami – a korporacje dostarczały, dostarczały i dostarczały, aby nasze współczesne mity nigdy się nie skończyły.
Ale ostatecznie to nawet nie ma znaczenia
Dla wielu z nas oglądanie ostatniej partii pokera w serialu Star Trek: The Next Generation, zatytułowanym teraz ironicznie „All Good Things”, było momentem głębokiej refleksji. Widok Luke’a, Hana i Lei na imprezie z Ewokami (z wyłączeniem Anakina Skywalkera, w tym cyfrowo) przyniósł przełomowej operze kosmicznej kulturowo znaczący koniec, a obejrzenie lub przeczytanie zakończenia Powrotu Króla było ciosem w brzuch wypełnionym łzami. To były historie, które dały nam zamknięcie.
Teraz Picard znów krąży po kosmosie, Władca Pierścieni jest zasypywany prequelami i spin-offami, a Palpatine jakimś cudem powrócił. Zamknięcia te nie są już dla nas dostępne. Nigdy nie wiemy, kiedy jakakolwiek historia może zostać przywrócona, kontynuowana, przerobiona lub przerobiona. Nie widać końca, nie ma dla nas ostatniej lekcji do nauczenia się, co pozostawia wszystkich z niejasnością co do tego, co powinniśmy z czegokolwiek wynieść. Na poziomie socjologicznym i filozoficznym po prostu nigdy nie wolno nam przestać się troszczyć.
To, wbrew intuicji, sprawia, że troska jest tym trudniejsza. Ponieważ nasze historie nie dają nam katharsis, którego potrzebujemy psychologicznie, przestajemy w nie inwestować. Zwracamy się do tych historii, które dały nam zamknięcie i zastanawiamy się, dlaczego nie mamy tego samego uczucia co do kontynuacji. Nie wiedząc, że coś się skończy, utknęliśmy w oczekiwaniu na to, co będzie dalej – czy to prequel, kontynuacja, czy spin-off.
Jest go też po prostu za dużo. Wieczne franczyzy wymagają wiecznej, stale rozwijającej się zawartości. Kiedy historie się skończyły, możesz je przeżywać na nowo, doświadczać na różne sposoby i odkrywać nowe rzeczy. Część niesamowitej wytrzymałości oryginału Filmy z Gwiezdnych Wojen było to, że były to jedyne filmy z serii Gwiezdne Wojny (przepraszam za świąteczny odcinek specjalny).
Ta historia była ważna nie tylko dla fandomu, ale dla całego społeczeństwa, gdy ją oglądaliśmy, ponownie oglądaliśmy, wspominaliśmy i przeżywaliśmy na nowo. Obecnie jest prawie niemożliwe, aby coś takiego udało się osiągnąć. Zamiast tego nasze kinowe uniwersa rozciągają się meandrowo, podobnie jak kulturowy wpływ serii. Jesteśmy zbyt rozproszeni i musimy łączyć złożone infrastruktury opowiadania historii, zamiast zagłębiać się w pojedynczą opowieść.
Dochodzimy do punktu, nie tylko jako jednostki, ale jako całość, w którym nie możemy odpuścić, ale nie możemy też dotrzymać kroku. Nasze historie muszą się jakoś zakończyć. Dla wielu odpowiedzią było po prostu poddanie się.
To coś nieprzewidywalnego, ale ostatecznie jest słuszne
Wszystko to może brzmieć nieco dramatycznie w przypadku niektórych głupich filmów science fiction i programów telewizyjnych, ale dzięki opowieściom ludzie uczą się, zastanawiają i robią postępy. Stanowią kulturowe kamienie probiercze, które dają nam nadzieję i wskazówki, a także pomagają zdefiniować, kim jesteśmy jako społeczeństwo. Nasze historie przekształcające się w niekończące się młyny treści to niemała rzecz, a jej wpływu możemy nie zrozumieć przez nadchodzące dziesięciolecia. To jest ważne.
Teraz, gdy wszyscy jesteśmy głęboko przygnębieni (lub zdezorientowani), może jest jakaś nadzieja. Chociaż możemy cierpieć z powodu obecnej niemożności pozwolenia, aby cokolwiek się skończyło, nie należy mówić, że wieczna historia jest zawsze czymś złym. Przez długi czas Star Trek był w zasadzie funkcjonującą, niekończącą się historią.
Odpowiedź brzmi: przyjąć nowe i przestać domagać się tego, co było. Studia mogą także eksperymentować z nowymi pomysłami, zamiast budować wszystko na starych. Deep Space Nine zadziałało, ponieważ tak drastycznie różniło się od TNG. Godzillanajlepszym wyjściem od dziesięcioleci było pełne przemyślenie jego historii. Andorowi się to udaje, ponieważ nie jest to opera kosmiczna i w promieniu 12 parseków nie ma Jedi. Dobrze jest od czasu do czasu zanurzyć się w ciepłej wodzie nostalgii, ale nie może to być fundament, na którym zbudowana zostanie nasza przyszłość.
To samo uniwersum, inna historia, nowe zakończenia. Nasze ulubione franczyzy nie muszą umierać; trzeba je po prostu zbudować wokół historii, które faktycznie się kończą.