
„Konstrukcja społeczna” jest tu widoczna: w różnych miejscach mówi się nam, że to czy tamto jest „konstrukcją społeczną”: pomyśl o płci, rasie lub pieniądzach. Jedną z książek, która odegrała kluczową rolę w wyłonieniu się tej koncepcji, jest książka Petera Bergera i Thomasa Luckmanna z 1966 r. Społeczna konstrukcja rzeczywistości. Na dzień dzisiejszy praca ta może poszczycić się ponad 90 000 cytowań – to znaczy tylko w wersji angielskiej. Jego wpływ w obrębie socjologii i poza nią jest zatem ogromny.
Ponadto książka ma ciekawą genealogię. W swojej przedmowie Berger i Luckmann zauważają: „[h]jak wiele zawdzięczamy zmarłemu Alfredowi Schützowi”. Schütz brał udział Ludwiga von MisesaPrivatseminar, a jego twórczość charakteryzuje się silnym naciskiem na działanie i podmiotowość, z austriackim smakiem. To prowadzi do interesującej obserwacji: konstruktywizm społeczny ma wspólne korzenie z szkoła austriacka myślący. Jednakże gdzieś po drodze w myśli konstruktywizmu społecznego zatarło się subtelne, ale istotne rozróżnienie.
Ta utrata precyzji nastąpiła prawdopodobnie dlatego, że hasło „skonstruowane społecznie” może wprowadzać w błąd. Kiedy coś zostało skonstruowane, kuszące jest założenie, że istniał konstruktor, agent, który celowo sporządził plan i go wykonał. Dobrym przykładem tego rodzaju budownictwa jest plac budowy, na którym wykonywany jest projekt budowlany architekta. Jednak w przypadku omawianych zjawisk społecznych „skonstruowany” jest w najlepszym przypadku terminem ambiwalentnym.
Berger i Luckmann opisują w swojej pracy sposób, w jaki „społeczeństwo jest produktem ludzkim”. W ten sposób ukazują, jak działanie zamienia się w nawyki i jak nawyki stają się zinstytucjonalizowane. Takie instytucje, które wtedy istnieją, można słusznie nazwać „skonstruowanymi społecznie”, jeśli chce się przekazać, że są „produktem ludzkim”. W tym miejscu znajdujemy niefortunną dwuznaczność.
Aby zobaczyć tę dwuznaczność, trzeba docenić Adama Fergusonauwaga, że „[n]Spotykają się na zakładach, które rzeczywiście są wynikiem ludzkiego działania, ale nie są realizacją jakiegokolwiek ludzkiego planu.” Zatem istnieją dwie różne klasy instytucji lub instytucji, które są wytworami człowieka i rezultatem ludzkiego działania.
Pierwsza klasa obejmuje instytucje zaprojektowane przez umysł projektujący: jeśli istnieje firma, dom lub rząd, ich porządek można prześledzić w umyśle porządkującym. Druga klasa obejmuje te instytucje, które rzeczywiście wyłaniają się z ludzkiego działania, ale nie powstały w wyniku kierowanej woli jednego sprawcy. W takich przypadkach co FA Hayeka terminem „spontaniczne rozkazy” porządek wyłania się ze sposobu, w jaki ludzie wchodzą w interakcje, mimo że nikt tego porządku nie zaprojektował.
Używanie terminu „konstrukcja” może zatrzeć różnicę między tymi dwiema klasami, a nawet pomylić powstające instytucje z instytucjami powstałymi w wyniku projektu.
Nie chcę teraz angażować się w dyskusję na temat historii idei, która ocenia, co naprawdę mieli na myśli Berger i Luckmann. Dość powiedzieć, że – jak to ujął Berger – „Luckmann i ja mówiliśmy wiele razy: nie jesteśmy konstruktywistami.” Ważne są raczej niebezpieczne implikacje sposobu, w jaki dzisiaj ludzie często błędnie rozumieją instytucje.
Te nieporozumienia są dwojakie. Po pierwsze, ludzie uważają większość naszych instytucji za porządne konstrukcje — zaprojektowane przez kogoś w konkretnym celu. Jeśli na przykład w tych instytucjach niektórzy ludzie są stosunkowo biedni, a inni stosunkowo bogaci, instytucje są uważane za kwestię sprawiedliwości: postrzega się to jako wybór istnienia takich nierówności – i ten wybór nierówności jest często uważany za niesprawiedliwy.
Jednak, jak zawsze podkreślał Hayek, sprawiedliwość rozumiemy jako odnoszącą się do naszych działań, a instytucje, których nikt nie zaplanował, tylko niezręcznie, mieszczą się w tej kategorii. Nikt nie wybrał ani nie zaprojektował tej nierówności.
Po drugie, jeśli ktoś coś skonstruował, to wydaje się, że możliwa jest także inna konstrukcja. Oznacza to, że jeśli utrzymujesz, że ktoś w przeszłości skonstruował jakąś instytucję, np. nasz język, to powinno być prawdą, że ktoś inny może równie dobrze skonstruować tę instytucję, choć na różne sposoby – być może bardziej zgodne z naszymi poglądami na sprawiedliwość. Wymagałoby to jedynie odważnego projektanta, aby spróbować.
Gdyby jednak w ogóle nie istniała taka konstrukcja, zaprojektowanie instytucji powstałej w wyniku interakcji mogłoby przekraczać możliwości jakiejkolwiek pojedynczej osoby. A próba zrobienia tego oznaczałaby katastrofę. To przynajmniej jest jeden z głównych argumentów wysuwanych przez Hayeka nie tylko przeciwko centralnemu planowaniu, ale także przeciwko jawnemu projektowi instytucji, które są właściwą dziedziną ewolucji kulturowej. Żaden genialny główny planista nie zarządza naszą gospodarką tak jak poczta. Żaden hojny ekspert nie określił też, że najlepiej byłoby skierować nasze społeczeństwa w stronę kultury postępu, pracowitości i współpracy i skierować (przynajmniej zachodnią część) ludzkości na ścieżkę ku temu.
Oryginalne spostrzeżenia konstruktywizmu są cenne. Konieczne jest wyprostowanie, a coraz częściej doprecyzowanie, co „skonstruowany” oznacza, a czego nie.