
„Maszyna wojenna” Netflixa właśnie wdarł się na platformę w najnowszym starciu obcych statków kosmicznych z ludźmi. Tym razem jednak jest tylko jeden wróg, z którym trzeba się uporać – ale na Cybertron ta machina morderstwa sieje krwawe spustoszenie Alana Ritchsonama 81 lat (jest znany tylko dzięki temu znakowi wywoławczemu w filmie) i jego zespół Army Rangers na szkoleniu!
Układ narracji jest prosty: grupa rekrutów ma do wykonania jedną ostatnią misję, zanim staną się Rangerami. Muszą jednak ukończyć to zadanie bez użycia prawdziwej broni i po wyrzuceniu na odludzie. Jest to wygodne dla celów fabuły, ale zły moment dla nich, ponieważ groźny statek z kosmosu ląduje w tym samym obszarze. Na początku rekruci zastanawiają się, czy to wszystko jest częścią wielkiego testu, jednak kiedy maszyna zaczyna ich mordować, jedyni ocalali zdają sobie sprawę, że dzieje się coś innego.
Wojsko przeciwko pojazdowi z innej planety… To z pewnością brzmi bardzo podobnie filmy „Transformers”.prawda? Absolutnie i nie jest zaskakujące, że „War Machine” zawiera wiele porównań do filmowych adaptacji popularnego IP Hasbro autorstwa Michaela Baya. Jednak – i przygotuj się na pierwsze upalne ujęcie w 2026 roku – „War Machine” robi wszystko lepiej.
Kontynuacja artykułu poniżej
Bądźmy jednak przez chwilę realistami: postacie ludzkie w „Transformersach” nikogo nie interesują (a biorąc pod uwagę wszystkie bzdury, w jakie wpakował się Shia LaBeouf od czasu opuszczenia serialu, teraz chyba nawet mniej). Transformers błyszczą, gdy skupiają się na wojnie pomiędzy Autobotami i Decepticonami, podczas gdy sprawy Ziemian sprawiają wrażenie pobocznych zadań, w których trzeba zdobyć więcej XP, aby awansować. W konsekwencji przekłada się to na drewniane postacie i postacie z foremek do ciastek, które składają się na ludzki element filmów.
Ludzie w „Maszynie wojennej” Patricka Hughesa również nie mają zamiaru ożywić dramatu A24, ale w ofercie jest zdecydowanie więcej rozwoju postaci. 81 Ritchsona zmaga się z poważnym przypadkiem poczucia winy ocalałego po tym, jak widział, jak jego brat umiera w Afganistanie. Nie znajduje się w odpowiednim miejscu – nawet jego przełożeni próbują usunąć go z Programu Oceny i Selekcji Rangerów – ale musi stawić czoła zarówno walce wewnętrznej, jak i zewnętrznej, aby przezwyciężyć stojące przed nim bezpośrednie niebezpieczeństwo. Jednocześnie jego koledzy-rekruci nie stanowią jeszcze kompletnego zespołu, więc muszą jak najszybciej nauczyć się współpracy, bo od tego zależy ich życie.
Tym, co czyni „War Machine” bardziej wiarygodnym niż „Transformers”, jest autentyczna bezradność, z jaką spotykają się w filmie ludzkie postacie. Nie mają przy sobie żadnej broni, więc muszą działać, gdy pojawią się luki, i modlić się, aby na horyzoncie pojawiła się pomoc. To jest jak kosmiczny horror gdzie wszyscy chowają się przed złowrogim zabójczym kosmitą, ponieważ wszystko, co znajdzie się na obrzeżach wroga, jest mielone. Nawet w domu strach utrzymuje się i spycha napięcie do granic, gdy widz obgryza paznokcie i przyspiesza bohaterów, próbując przekroczyć rzeki i wspiąć się na góry z tym potworem na ogonie.
Porównaj to wiarygodne napięcie z „Transformers: Ostatni rycerz”, film, który w dziwaczny sposób łączy historię króla Artura i Excalibura z i tak już zawiłą historią powstania Transformers. Jednak pokryta olejem wisienka na zardzewiałym torcie to moment, w którym Cade Yeager Marka Wahlberga podnosi miecz większy od niego i walczy z gigantycznym robotem. Wyjdź stąd z tymi bzdurami. Byłoby bardziej wiarygodne, gdyby Wahlberg w samoobronie wyciągnął klasyczny rap Marky’ego Marka i sprawił, że botowi zaczęły krwawić uszy.
„Transformers” nigdy tak naprawdę nie sprzedają prawdziwej mocy Autobotów i Decepticonów. Nie są całkiem wielkości Godzilliale są cholernie masywne, a mimo to w jakiś sposób nie spłaszczają Sama Witwicky’ego ani wielu ludzi w swoich atakach. Dogodnie, oni również nie trafiają w wiele celów, jakby pobierali lekcje strzelectwa od szturmowców. Inaczej jest w przypadku „War Machine”, ponieważ ten statek ma apetyt na zniszczenie. W filmie są krwawe i brutalne zabójstwa, które zainspirowały Eli Rotha do nakręcenia „Hostel: Część IV”. Wszystko to tylko potwierdza fakt, że kosmici nie przybywają na Ziemię, aby dotykać palców i prosić nas o pomoc w powrocie do domu; są tu, żeby podbić.
Kolejnym aspektem, który nigdy nie ma sensu w filmach „Transformers”, jest faktyczne przesłanie lub temat. Na początku wydaje się, że Autoboty mają nas nauczyć, co to znaczy być człowiekiem. Potem chodzi o wiarę w coś znacznie większego od siebie. Po pewnym czasie król Artur i roboty bestii są wrzucane do miksu, ponieważ Bayhem, kochanie! Jedyną pewnością w tych filmach jest to, że obłudny Optimus Prime zawsze wygłosi jakiś rozwlekły, usypiający monolog na końcu filmu, zanim nad napisami końcowymi zabrzmi przyjazna dla radia piosenka Linkin Park lub Imagine Dragons. Właściwie, czym sobie na to zasłużyliśmy.
„War Machine” nie stara się być zbyt mądra ani przesadnie zastanawiać się, czym ma być. Zamiast zagłębiać się w powody, dla których kosmici przybywają na Ziemię, to się po prostu dzieje – w pewnym sensie „Dzień Niepodległości”. Czasami kosmici – podobnie jak ludzie – chcą po prostu wyruszyć na wojnę dla samego dobra. W tym przypadku nadchodzi inwazja i zadaniem ludzkości jest przeciwstawienie się i ochrona Ziemi. Tak, to pomaga, gdy masz w swoim kącie ceglanego człowieka, takiego jak Alan Ritchson, ale każdy film akcji potrzebuje gwiazdy akcji, więc dlaczego nie sam Jack Reacher?!
Sądząc po zakończeniu „War Machine”, w planach jest kontynuacja – i od tego czasu Netflix zarobił 2,8 miliarda dolarów po nieudanej umowie z Warner Bros. Discovery może być teraz hojny w udzielaniu zielonego światła dla większej liczby projektów. Kto wie, może w przyszłych filmach ta seria przekształci się w coś tak głupiego jak „Transformers” Baya. Przynajmniej jedno jest pewne: oglądanie 81 dziur w statkach kosmicznych Ritchsona będzie o wiele zabawniejsze (i bardziej wiarygodne) niż kiedykolwiek znoszenie nonsensów Sama Witwicky’ego czy Cade’a Yaegera.
„War Machine” jest już dostępny na platformie Netflix.