
Dawno temu zamieniliśmy drzewa na narzędzia, próbując nagiąć świat do naszej woli. Wstaliśmy, poruszając się pod ciężarem ogromnego mózgu, z którego wyrósł przeciwstawny kciuk, który nazywamy myśleniem, i stworzyliśmy za jego pomocą więcej narzędzi — język do nazwania tego, co widzieliśmy, zasady porządkujące to, co nazwaliśmy, teorie wyjaśniające to wszystko.
Spośród wszystkich naszych technologii myślenia żadna nie była bardziej użyteczna, bardziej niebezpieczna i bardziej obosieczna niż kategoria – żywa skamieniałość naszych czasów łowców-zbieraczy, skłaniająca nas do wrzucania rzeczy do małych koszyków podobieństw, kompulsywnie analizująca rzeczywistość w celu jej sklasyfikowania i powstrzymania.
Ceną, jaką zapłaciliśmy za nasze niezwykłe zdolności poznawcze, jest uległa wiara w analityczny umysł jako najskuteczniejsze narzędzie do władania problemem rzeczywistości. Ta tęsknota za porządkiem pośród chaosu wszechświata, za czymś, co rozwiałoby fundamentalne zamieszanie związane z byciem żywym, może być tym, co czyni nas ludźmi; może to być również źródło naszej alienacji od reszty natury, ponieważ jest z natury antynaturalne: sto lat po tym, jak Kartezjusz oddzielił ciało od umysłu, Linneusz oddzielił organizm od ekosystemu, dzieląc przyrodę na odrębne kategorie, rozczłonkując współzależność, która czyni tę skalistą planetę żywym światem. Ciągle odkrywamy, że są to najbardziej odporne organizmy w przyrodzie przekraczać granice pomiędzy królestwami I zacierać granice między sobątak jak kocha najbogatszy przeciwstawiać się etykietoma mimo to nadal żyjemy pod urokiem Linneusza. Ale jak zauważa moja przyjaciółka astrofizyczka Natalie Batalha w swoim cudownym Gdzie się spotkamy wywiad„My, ludzie, lubimy pakować rzeczy do słoików, lubimy klasyfikować rzeczy, ale nauczyliśmy się, że natura jest dość ciągła — nie da się starannie włożyć rzeczy do słoików”.

Angielski powieściopisarz Johna Fowlesa (31 marca 1926 – 5 listopada 2005) w swoich cudownych wspomnieniach nadrzewnych z 1979 roku żarliwie przedstawia argumenty za niezakłócaniem życia Drzewo (biblioteka publiczna). pisze:
Jestem heretykiem w stosunku do Linneusza i nie widzę nic mniej dziwnego i poetycko sprawiedliwego niż to, że pod koniec życia oszalał. Nie kwestionuję wartości narzędzia, które dał on naukom przyrodniczym – które samo w sobie było jedynie sprytnym rozwinięciem systemu arystotelesowskiego i które wkrótce opracowałby ktoś inny, gdyby tego nie zrobił; mam jednak wątpliwości co do trwałej zmiany, jaką wywołało to w zwykłej ludzkiej świadomości.
Ewolucja się odwróciła Człowiek w istotę ostro izolującą, postrzegającą świat nie tylko antropocentrycznie, ale indywidualnie, odzwierciedlając sposób, w jaki lubimy myśleć o sobie. Prawie cała nasza sztuka przed impresjonistami – lub ich św. Janem Chrzcicielem Williamem Turnerem – zdradza naszą miłość do jasno określonych granic, niepowtarzalnych tożsamości, indywidualnej rzeczy uwolnionej od zamieszania tła. Ta siła oddzielania przedmiotu od otoczenia i zmuszania nas do skupienia się na nim jest ukrytym kryterium wszystkich naszych ocen na temat bardziej realistycznej strony sztuki wizualnej; i bardzo podobne, jeśli nie identyczne, do tego, czego wymagamy od instrumentów optycznych, takich jak mikroskopy i teleskopy – czyli powiększania, ostrzejszego ustawiania ostrości, lepszego rozróżniania, wyróżniania się. Temu samemu celowi poświęca się ogromną część nauki: dostarczaniu konkretnych etykiet, wyjaśnianiu konkretnych mechanizmów i ekologii, w skrócie sortowaniu i porządkowaniu tego, co w masie wydaje się nie do odróżnienia. Nawet najprostsza znajomość nazw i zwyczajów kwiatów czy drzew rozpoczyna ten proces odróżniania lub indywidualizowania i oddala nas o krok od rzeczywistości totalnej w stronę antropocentryzmu; czyli działa mentalnie jak odpowiednik wizjera aparatu. Już teraz niszczy lub ogranicza pewne możliwości widzenia, postrzegania i doświadczania. I to jest gorzki owoc z uppsalańskiego drzewa wiedzy.

Sto lat po niemieckim biologu morskim Ernście Haeckelu ukuł to słowo ekologia i dziesięć lat przed pionierską kanadyjską leśniczką Suzanne Simard rozpoczęła swoje odkrywcze badania nad izotopami komunikacja kłączowa drzewFowles dodaje:
Rodzi to również bardzo istotne pytania dotyczące realiów granic, jakie narzucamy temu, co widzimy. W lesie rzeczywista wizualna „granica” dowolnego drzewa jest zwykle niemożliwa do rozróżnienia, przynajmniej latem. Czujemy lub wydaje nam się, że czujemy się najbliżej „esencji” drzewa (lub jego gatunku), kiedy ma ono szansę stać tak jak my, w izolacji; ale ewolucja nie chciała, aby drzewa rosły pojedynczo. W znacznie większym stopniu niż my są stworzeniami społecznymi i nie są bardziej naturalne jako pojedyncze okazy niż człowiek jako wyrzucony na brzeg marynarz lub pustelnik. Ich społeczeństwo z kolei tworzy lub wspiera inne społeczności roślin, owadów, ptaków, ssaków, mikroorganizmów; z których wszystkie możemy wyodrębnić i oddzielić, ale które pozostają w nie mniejszym stopniu idealną całością lub całym doświadczeniem drewna – i w istocie nadal są tak postrzegane przez większość prymitywnej ludzkości.
Naukowcy ograniczają słowo symbiotyczny do tych relacji między gatunkami, które przynoszą pewne wykrywalne wzajemne korzyści; lecz prawdziwe drewno, prawdziwe miejsce wszelkiego rodzaju jest sumą wszystkich jego zjawisk. Wszyscy żyją w pewnym sensie w symbiozie, będąc razem we wspólnocie istot. Tylko dlatego, że tak ogromna suma interakcji i zbiegów okoliczności w czasie i miejscu wykracza poza obliczenia nauki (naukowiec mógłby powiedzieć, poza użyteczną funkcją, nawet jeśli jest obliczalna), tak zwyczajowo ją ignorujemy i traktujemy lot ptaka i gałąź, z której leci, liść na wietrze i jego cień na ziemi, jako odrębne zdarzenia lub zagadki – jaki ptak? który oddział? jaki liść? który cień? Te granice pytań (gdzie to zgłosić?) należą do nas, a nie do rzeczywistości. Prowadzi nas do nich, zamknięty przez nie nie tylko kulturowo i intelektualnie, ale także fizycznie, przez niepokój naszych oczu oraz ich ograniczone pole i ostrość widzenia. Na długo przed wynalezieniem szklanego obiektywu i kamery filmowej istniały one w naszych oczach i umysłach, zarówno w naszym sposobie percepcji, jak i w naszym sposobie analizowania postrzeganego: niekończące się krótkie sekwencje i przeskoki, niekończąca się potrzeba edycji i porządkowania tego surowca.

Krzywiąc się na myśl o swoim wczesnym życiu jako „pseudonaukowiec traktujący naturę jako swego rodzaju intelektualną zagadkę lub grę, w której umiejętność nazywania nazw i wyjaśniania behawioryzmów – identyfikowania i rozumienia maszyn – stanowiła całą przyjemność i nagrodę”, Fowles ubolewa nad tym, że ta orientacja odciągnęła go od „całkowitego znaczenia i całkowitego doświadczenia natury” i dodaje:
Szczególny koszt zrozumienia mechanizmu natury, tak skutecznego wyszczególnienia i zaszufladkowania go, polega przede wszystkim na postrzeganiu go przez zwykłego człowieka, na jego zdolności do życia z nim i dbania o niego – a nie postrzegania go jako wyzwania, buntu, wroga. Selekcja z rzeczywistości totalnej jest w nauce nie mniej konieczna niż w sztuce; ale poza tymi dziedzinami (w obu, w których ostatecznym testem selekcji jest użyteczność lub plon dla naszego gatunku) poważnie zniekształca i ogranicza wszelkie wartościowe relacje.
Wiemy o tym nie w umyśle, ale w szpiku naszej istoty – nasze własne najbogatsze, najgłębsze i najbardziej przemieniające doświadczenia wymykają się klasyfikacji, a ich istota jest nieosiągalna analizą, ponieważ jest to synteza niezliczonych sił i zjawisk, z których tylko ułamek jesteśmy świadomi. Analizowanie takich doświadczeń nie polega na ich głębszym zrozumieniu, ale na wyalienowaniu się od nich i od tej części nas samych, która doświadczyła, tej części, która była pełna życia. Fowles pisze:
Zwykłe doświadczenie, od przebudzenia sekunda do sekundy, jest w rzeczywistości wysoce syntetyczne (w sensie kombinatywnym lub konstruktywnym) i składa się ze złożoności wątków, przeszłych wspomnień i obecnych percepcji, czasów i miejsc, historii prywatnej i publicznej… kwintesencją „dzikiego” w tym sensie [of] niefilozoficzne, irracjonalne, niekontrolowane, nieobliczalne. W rzeczywistości koresponduje bardzo blisko – pomimo naszych niekończących się wysiłków na rzecz „ogrodnictwa”, wynalezienia dyscyplinujących systemów społecznych i intelektualnych – z dziką przyrodą. Prawie całe bogactwo naszej osobistej egzystencji wywodzi się z tej syntetycznej i wiecznie obecnej „pomieszanej” świadomości rzeczywistości wewnętrznej i zewnętrznej, między innymi dlatego, że wiemy, że jest ona poza analitycznością.

