Jak wielki mistrz zen i działacz na rzecz pokoju Thich Nhat Hanh odnalazł się i zatracił w bibliotece Epifania – Marginalista

- Kultura - 20 lutego, 2026
Jak wielki mistrz zen i działacz na rzecz pokoju Thich Nhat Hanh odnalazł się i zatracił w bibliotece Epifania – Marginalista
Jak wielki mistrz zen i działacz na rzecz pokoju Thich Nhat Hanh odnalazł się i zatracił w bibliotece Epifania – Marginalista

Jak wielki mistrz zen i działacz na rzecz pokoju Thich Nhat Hanh odnalazł się i zatracił w bibliotece

“Jaźń, miejsce, w którym żyjemy, jest miejscem iluzji. ​​Dobro wiąże się z próbą zobaczenia siebie… przebicia zasłony egoistycznej świadomości i połączenia się ze światem takim, jaki jest naprawdę” – napisała Iris Murdoch w swoim liście Arcydzieło z 1970 roku — idea radykalna w jej epoce i w jej kulturze, sprzeczna z koncepcjami indywidualizmu i samorealizacji, tak fundamentalnymi dla zachodniej filozofii. Dzisiaj praktyki takie jak medytacja metta i uważność – praktyki zakotwiczone w rozpuszczeniu „ja”, które pozostaje największym wyzwaniem wśród ludzkich zadań nawet dla najbardziej oddanych medytujących wśród nas, oferując jedynie przejściowe przebłyski rzeczywistości takiej, jaka jest naprawdę – zalewają światowy nurt, zaczerpnięty z wód gruntowych starożytnej filozofii Wschodu i przeniesiony przez kulturową przepaść przez garstkę pionierów w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku.

Najważniejszym z nich był wielki mistrz zen i działacz pokojowy Thich Nhat Hanh (11 października 1926–22 stycznia 2022), który przybył do Ameryki w 1961 r., aby studiować historię buddyzmu wietnamskiego w seminarium teologicznym w Princeton, a zdobytą wiedzę dwa lata później przywiózł do rodzinnego Wietnamu i poświęcił się projektowi pokojowemu, za co rząd Wietnamu Południowego ukarał go czterdziestoletnim wygnaniem. Pół życia później – będąc nominowanym przez Martina Luthera Kinga Jr. do Pokojowej Nagrody Nobla, będąc założycielem źródła cywilizacyjnego optymizmu, jakim jest Wioska Śliwkowa we Francji, po udarze, przez który nie mógł mówić ani chodzić, pozwolono mu wreszcie wrócić do ojczyzny, opuszczając Zachód, który wychwalał go jako ojca uważności.

Thich Nhat Hanh. (Zdjęcie dzięki uprzejmości Wioska Śliwkowa.)

Dziennik, który Thich Nhat Hanh zaczął prowadzić po przybyciu do Ameryki jako młody człowiek, został opublikowany pół wieku później jako Pachnące liście palmowe: czasopisma 1962–1966 (biblioteka publiczna). To pozostają jego najbardziej intymne pisma – rzadki zapis jego wyrzeczenia się siebie, które uczyniło go nim samym: mnichem, który przyniósł światu uważność.

W niezwykłym wpisie do pamiętnika, sporządzonym dziesięć dni przed swoimi trzydziestymi szóstymi urodzinami – wiekiem, w którym Walt Whitman otworzył swój Liście Trawy z deklamacją „Śpiewam siebie samego, prostą odrębną osobę” – Thich Nhat Hanh kontempluje iluzoryczną i współzależną naturę „ja”, gdy staje twarzą w twarz z własną wielością, pogrążoną w uniwersalnym wewnętrznym konflikcie, jaki wiąże się z byciem osobą w świecie, prywatnym kosmosem w sferze publicznej:

To zabawne, jak bardzo otoczenie wpływa na nasze emocje. Nasze radości i smutki, upodobania i antypatie są tak bardzo zabarwione przez nasze otoczenie, że często po prostu pozwalamy, aby ono dyktowało nasz kurs. Podążamy za „publicznymi” uczuciami, dopóki nie przestaniemy znać nawet naszych własnych prawdziwych aspiracji. Stajemy się dla siebie obcy, całkowicie ukształtowani przez społeczeństwo… Czasami czuję się uwięziony pomiędzy dwoma przeciwstawnymi sobie „ja” – „fałszywym ja” narzuconym przez społeczeństwo i tym, co nazwałbym swoim „prawdziwym ja”. Jak często mylimy te dwa pojęcia i zakładamy, że społeczeństwo jest naszym prawdziwym ja. Bitwy między nami rzadko kończą się pokojowym pojednaniem. Nasz umysł staje się polem bitwy, na którym Pięć Skupisk – forma, uczucia, percepcje, formacje mentalne i świadomość naszej istoty – są rozrzucone jak gruz podczas huraganu. Drzewa się przewracają, gałęzie łamią, domy się rozbijają.

Rozważano dwa wieki po Coleridge’u burza jako soczewka na duszęi sto lat po wychwalaniu Van Gogha oczyszczająca siła burz w przyrodzie i naturze ludzkiejThich Nhat Hanh dodaje:

To są nasze najbardziej samotne chwile. Jednak za każdym razem, gdy udaje nam się przetrwać taką burzę, trochę się rozwijamy. Bez takich burz nie byłbym tym, kim jestem dzisiaj. Ale rzadko słyszę nadchodzącą taką burzę, dopóki już mnie nie dopadła. Wydaje się pojawiać bez ostrzeżenia, jakby cicho stąpał po jedwabnych pantoflach. Wiem, że musiało to wrzeć przez długi czas, kipiąc w moich myślach i formacjach mentalnych, ale kiedy uderza tak szaleńczy huragan, nic z zewnątrz nie może pomóc. Jestem poobijany i rozdarty, ale też jestem zbawiony.

Grafika autorstwa Akiko Miyakoshi z Burza

Zgodnie z poglądami Alaina de Bottona na temat znaczenie awariiwspomina, czego nauczyła go najbardziej kształtująca burza w jego życiu:

Zobaczyłam, że istota, którą uważałam za „ja”, była w rzeczywistości wytworem. Uświadomiłem sobie, że moja prawdziwa natura jest o wiele bardziej realna, zarówno brzydsza, jak i piękniejsza, niż mogłem sobie wyobrazić.

We wspomnieniu, które sprawia, że ​​moja bibliofilska dusza drży z czułości rozpoznania, szczegółowo opisuje, co wywołało burzę jego bezinteresowności – jego wersja objawienie ogrodu która ujawniła Virginii Woolf cel jej życia:

To uczucie zaczęło się pierwszego października tuż przed godziną jedenastą w nocy. Przeglądałem jedenaste piętro Biblioteki Butlera. Wiedziałem, że biblioteka będzie zamknięta i zobaczyłem książkę dotyczącą obszaru moich badań. Zsunęłam go z półki i trzymałam w obu rękach. Był duży i ciężki. Czytałem, że została opublikowana w 1892 roku i w tym samym roku została podarowana Bibliotece Columbia. Na tylnej okładce widniała kartka papieru, na której widniały nazwiska wypożyczających i daty ich wyprowadzenia z biblioteki. Po raz pierwszy pożyczono go w 1915 r., drugi raz w 1932 r. Ja byłem trzeci. Czy potrafisz sobie wyobrazić? Byłem dopiero trzecim wypożyczającym 1 października 1962 roku. Przez siedemdziesiąt lat tylko dwie inne osoby stały w tym samym miejscu, co ja teraz, zdjęły książkę z półki i postanowiły ją sprawdzić. Ogarnęła mnie chęć poznania tych dwóch osób. Nie wiem dlaczego, ale chciałam ich przytulić. Ale oni zniknęli i ja też wkrótce zniknę. Dwa punkty na tej samej linii prostej nigdy się nie spotkają. Udało mi się spotkać dwie osoby w przestrzeni, ale nie na czas.

Nagle wszystkie linie rozpłynęły się w nieograniczone pole świadomości, bez przestrzeni, czasu i jaźni:

Czuję się, jakbym żył długo i widział tak wiele życia. Mam prawie trzydzieści sześć lat, czyli nie jestem młody. Ale tamtej nocy, stojąc pośród stosów w Bibliotece Butlera, zobaczyłem, że nie jestem ani młody, ani stary, nieistniejący ani nieistniejący. Moi przyjaciele wiedzą, że potrafię być zabawny i psotny jak dziecko. Uwielbiam się wygłupiać i w pełni angażować się w grę życia. Wiem też, co to znaczy się złościć. I znam przyjemność bycia chwalonym. Często jestem na granicy łez lub śmiechu. Ale co kryje się pod tymi wszystkimi emocjami? Jak mogę tego dotknąć? Jeśli niczego nie ma, dlaczego miałbym być taki pewien, że istnieje?

Wciąż trzymając książkę, poczułem przebłysk wglądu. Zrozumiałem, że jestem pozbawiony ideałów, nadziei, punktów widzenia i lojalności. Nie składam żadnych obietnic, których mógłbym dotrzymać innym. W tym momencie zniknęło poczucie siebie jako jednostki pośród innych bytów. Wiedziałem, że ten wgląd nie powstał z rozczarowania, rozpaczy, strachu, pragnienia czy niewiedzy. Zasłona uniosła się cicho i bez wysiłku. To wszystko. Jeśli mnie pobijesz, ukamienujesz, a nawet zastrzelisz, wszystko, co jest uważane za „mnie”, rozpadnie się. Wtedy ujawni się to, co faktycznie tam jest – słabe jak dym, nieuchwytne jak pustka, a jednak ani dym, ani pustka, brzydkie ani nie brzydkie, piękne, choć nie piękne. To jest jak cień na ekranie.

Londyńska biblioteka Holland House, w której znajdują się tysiące historycznych i rzadkich książek, zniszczona po nalocie w 1940 roku. (Dostępne jako wydruk.)

Ale z tego poczucia utraty siebie, z tego całkowitego zniszczenia tożsamości, zrodziło się głębokie poczucie dotarcia do siebie, do elementarnej jedności swego bytu z całym bytem:

W tamtej chwili doznałem głębokiego uczucia, które posiadałem zwrócony. Moje ubranie, moje buty, nawet istota mojej istoty zniknęły i byłem beztroski jak konik polny zatrzymujący się na źdźble trawy… Kiedy konik polny siedzi na źdźble trawy, nie myśli o separacji, oporze czy winie… Zielony konik polny całkowicie zlewa się z zieloną trawą… Nie cofa się ani nie przywołuje. Nie zna filozofii ani ideałów. Jest po prostu wdzięczny za swoje zwyczajne życie. Biegnij przez łąkę, mój drogi przyjacielu, i przywitaj wczorajsze dziecko. Kiedy mnie nie zobaczysz, sam wrócisz. Nawet jeśli twoje serce przepełnione jest rozpaczą, na tym samym źdźble trawy znajdziesz tego samego konika polnego… Niektórych dylematów życiowych nie da się rozwiązać nauką ani racjonalnym myśleniem. Po prostu żyjemy z nimi, zmagamy się z nimi i stajemy się z nimi jedno… Aby żyć, musimy w każdej chwili umrzeć. Musimy wciąż na nowo ginąć w burzach, które umożliwiają życie.

Thich Nhat Hanh w południowo-zachodniej Francji podczas wygnania, lata 80. (Zdjęcie dzięki uprzejmości Wioska Śliwkowa.)

Uzupełnij ten fragment Pachnące liście palmowe – znakomita lektura w całości – z poetyckim lekarzem Lewisem Thomasem, piszącym w tej samej epoce, dalej jak ślimak morski i meduza oświetlają przepuszczalną granicę jaźnia następnie ponownie odwiedź Thich Nhat Hanh sztuka głębokiego słuchania, cztery buddyjskie mantry zamieniające strach w miłośći jego ponadczasowo przemieniające nauki na temat miłość jako sztuka „współbycia”.

źródło

0 0 głosów
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Wszystkie
Follow by Email
LinkedIn
Share
Copy link
Adres URL został pomyślnie skopiowany!
0
Would love your thoughts, please comment.x