
Zajęcia zostały odwołane raczej wcześniej niż planowano, w związku z przedwczesnym odwołaniem „Akademii Gwiezdnej Floty”. Zdjęcia do drugiego sezonu już się zakończyły i prawdopodobnie na początku przyszłego roku wyemitują go w Paramount+, ale płatnicy „Star Treka” wyraźnie zdecydowali, że nie warto dłużej ciągnąć najnowszego serialu Final Frontier.
Spin-off skierowany do nastolatków staje się najkrócej trwającym serialem aktorskim w 60-letniej historii serii i – biorąc pod uwagę obszerną i w dużej mierze nieuzasadnioną krytykę, z jaką serial spotkał się w Internecie – wielu uzna, że jego upadek nie jest zaskoczeniem. Ale niezależnie od twoich uczuć do „Akademii”, jej niefortunny los sugeruje, że w Kwaterze Głównej Gwiezdnej Floty nie wszystko jest dobrze.
Kontynuacja artykułu poniżej
To scenariusz, który jeszcze trzy lata temu wydawałby się nieprawdopodobny, gdy „Discovery”, „Picard”, „Lower Decks”, „Prodigy” i „Strange New Worlds” pełniły czynną służbę. Rzeczywiście, kosmiczna saga Gene’a Roddenbery’ego była w lepszym stanie niż od czasów świetności „The Next Generation”, „Deep Space Nine” i „Voyager”.
Ale to potencjalne spowolnienie nie jest charakterystyczne tylko dla „Star Trek”. Z “Mandalorianin i Grogu„zamierzam przenieść się (być może tymczasowo?) do kin”,Ahsoki” sezon 2 to obecnie jedyna przygoda z „Gwiezdnych Wojen” na małym ekranie, która czeka na starterze. W Wielkiej Brytanii „Doktor Who” jest obecnie uwięziony w czymś w rodzaju otchłani Władcy Czasu. Wiemy, że BBC przywraca go w ramach świątecznego programu specjalnego — może z Billie Piper w roli głównej — ale poza tym jego przyszłość pozostaje tajemnicą teraz, gdy Disney+ zdecydował się zakończyć swoje zaangażowanie w najsłynniejszy brytyjski eksport science fiction.
Czy to możliwe, że najwięksi streamerzy milczą w obliczu niektórych ze swoich największych marek?
Warto zaznaczyć, że ostatnia dekada to historyczny moment odstający, okres, w którym fotelowi fani science-fiction jeszcze nigdy nie bawili się tak dobrze.
Od anulowania „Enterprise” w 2005 r. do debiutu „Discovery” 12 lat później, w telewizji nie było „Star Trek”. „Gwiezdne Wojny” miały nigdy miał program telewizyjny na żywo, zanim Din Djarin poznał Baby Yodę w 2019 roku. Od tego czasu wyemitowaliśmy więcej oddzielnych seriali „Trek” w ciągu dziewięciu lat (aczkolwiek z krótszymi sezonami) niż seria, którą udało się osiągnąć przez cały okres świetności pod przewodnictwem Ricka Bermana w latach 1987–2005. Tymczasem Disney+ stał się naszym głównym źródłem akcji z odległej galaktyki, a filmy „Gwiezdne Wojny” mają przerwę od „Powstanie Skywalkera„.
Obie franczyzy zostały uznane za stale zarabiające dla swoich właścicieli do tego stopnia, że Disney zdecydował się zapłacić 4 miliardy dolarów za klucze do Imperium George’a Lucasa. Wrzucili także tzw działka na pieniądze, aby zapewnić, że te programy telewizyjne będą wyglądać jak filmy, inwestując w wartości produkcyjne, które byłyby niewyobrażalne w erze przed streamingiem. Jednak zbliżające się przerwy sugerują, że mogą nie być już tak akceptowalne przez banki jak kiedyś. Co więc poszło nie tak?
Po pierwsze, istnieje ograniczenie ilości „treści”, jaką mogą konsumować nawet najbardziej zagorzali fani, zwłaszcza na rynku, który jest bardziej nasycony niż kiedykolwiek. „Doktor Who” jest emitowany mniej więcej nieprzerwanie od czasu, gdy Russell T. Davies przywrócił go w 2005 r. – prawie tak długo, jak pierwotne 26-letnie emitowanie serialu – podczas gdy „Gwiezdne Wojny” ewoluowały od fabryki filmów emitowanej raz na kilka lat do zawsze włączonego urządzenia telewizyjnego. Nawet potężne Marvel Studios, które wydawało się nie do zatrzymania w obliczu potężnych ”Avengers: Koniec gry“, musiała przyznać, że nie miała apetytu na wszystko, co robiła. Następnie ograniczyła swoją produkcję.
Co więcej, Hollywood ma tendencję do pamiętania bardziej swoich postrzeganych porażek niż sukcesów, a wszystkie wielkie marki, będące dziedzictwem, popełniły gdzieś po drodze błąd. W obozie „Gwiezdnych wojen” „Akolita” I “Kadra” obu nie udało się dostać na drugie sezony, czując kosę ponurego żniwiarza tak samo, jak „Akademia Gwiezdnej Floty” mniej więcej rok później. Kiedy wydajesz dziesiątki milionów dolarów na jeden sezon w telewizji, porażka nie wchodzi już w grę. A w obecnym klimacie telewizyjnym nie ma czasu, aby się otrząsnąć, tak jak zrobiły to klasyki dobrej wiary, takie jak „Biuro”, „Parki i rekreacja” czy „Fringe” podczas drugich sezonów.
Cechą wspólną tych odwołanych seriali jest to, że próbowały odejść od ustalonych norm, niezależnie od tego, czy chodzi o podróż do zupełnie nowego okresu („Acolyte”), czy o skierowanie do młodszej publiczności („Skeleton Crew”, „Akademia Gwiezdnej Floty”). Okazuje się jednak, że przyjęcie nowego może być zaskakująco kontrowersyjne, gdy masz do czynienia z franczyzą o długiej tradycji. Zróbcie remake „Nowej nadziei”, tak jak JJ Abrams zrobił to w przypadku „Przebudzenia mocy” i wszyscy będą szczęśliwi; spróbuj wstrząsnąć sytuacją, tak jak zrobił to Rian Johnson w przypadku „Ostatniego Jedi”, i zaryzykuj podzielenie grona fanów na dwie części, jakby byli Darthem Maulem po niewłaściwej stronie miecza świetlnego.
„Macie bardzo, bardzo mały procent fanów, którzy mają ogromne oczekiwania i zasadniczo chcą, aby w dalszym ciągu oglądano prawie to samo” – powiedziała była prezes Lucasfilm Kathleen Kennedy w swoim „wywiadzie końcowym” dla Termin ostateczny. „A jeśli tego nie zrobisz, wiesz, że wchodząc tam, ich rozczarujesz. Nie jestem pewien, czy możesz coś z tym zrobić, bo nie da się zadowolić wszystkich”.
Nadzorca „Star Trek” Alex Kurtzman (obecnie w rozmowy z Paramount na temat przyszłości telewizyjnej franczyzy) przyznał podobnie przed debiutem „Starfleet Academy”, mówiąc magazynowi SFX: „Nie wierzę, że naprawdę możliwe jest stworzenie jednego uniwersalnego serialu „Star Trek”. Z biegiem czasu celem jest zaplanowanie różnych programów dla różnych osób, zakładając, że wszystkie są w jakiś sposób narkotykiem wejściowym. Odkryliśmy, że istnieje cała grupa młodszych dzieci, które odkryły „Star Trek” poprzez „Lower Decks” i to zaprowadziło ich do innych programów i filmów”.
Jest to niewątpliwie szlachetny ideał i klasyczna franczyza potrzebować ewoluować, jeśli mają pozostać aktualne — w ten sam sposób, w jaki Davies sprawił, że „Doctor Who” wydał się pełen życia i świeżości, gdy Dziewiąty Doktor po raz pierwszy powiedział Rose Tyler „Uciekaj!”.
Ale biorąc pod uwagę, że oczy pokolenia Z i pokolenia alfa uwięzione są także w wiązkach przyciągających widzów „Stranger Things”, „Wednesday” i, hm, „Przyjaciół”, seriali takich jak „Gwiezdne wojny”, „Star Trek” i „Doktor Who” być może nie mogą sobie pozwolić na zaniedbanie starszych fanów, którzy mają już franczyzę we krwi – nawet jeśli niektórzy są zbyt oporni na zmiany.
To byłaby szkoda, bo świetna telewizja i filmy powinny być czymś więcej niż tylko ćwiczeniem nostalgii…”Andor” znajduje się w czołówce najlepszych „Gwiezdnych Wojen”, jakie kiedykolwiek powstały ponieważ przesunęło granice tego, czym mogą być „Gwiezdne Wojny”. Być może zasadnicza różnica między „Skeleton Crew” i „Akademią Gwiezdnej Floty” polega na tym, że film zrobił to w sposób przyjazny dorosłym, zabierając na przejażdżkę fanów oldschoolu.
Z drugiej strony, odrobina przerwy może być tym, czego potrzebuje każda z tych franczyz. Nieobecność zwykle sprawia, że serce rośnie mocniej, a zejście z przenośnika taśmowego może dać każdej z tych instytucji science fiction szansę na ponowne odkrycie, kim chce być.
Może „Mandalorianin i Grogu” i przyszłoroczne „Myśliwiec gwiezdny” przypomni nam wszystkim, jak bardzo uwielbiamy oglądać „Gwiezdne Wojny” na dużym ekranie. Być może nowy Doktor odzyska nastrój z czasów Davida Tennanta, a nowa załoga Gwiezdnej Floty podbije serca i umysły tak, jak Jean-Luc Picard i gang Enterprise-D zrobili to przy „Następnym pokoleniu”.
Warto też pamiętać, że najlepsze franczyzy zawsze znaleźć drogę powrotną, niezależnie od tego, jak długo są daleko. A poza tym „Star Trek” zbliża się 60. rocznicą urodzin – a Paramount byłby całkowicie szalony, gdyby przepuścił tę okazję bez uczczenia jej w dość spektakularny sposób.