
Nie tak dawno temu koleżanka rozmawiała ze mną o bolesnym rozstaniu, przez które przechodziła. To było w tych naprawdę trudnych pierwszych tygodniach, kiedy bez względu na to, jak bardzo porzucona strona upierała się przy swojej nienawiści do byłego, można było stwierdzić, że wszystko zmieniłoby się w nieeleganckim uderzeniu serca, gdyby otrzymała od niej wiadomość. „Jest mi o wiele lepiej bez niego” – powiedziała przez łzy, potajemnie sprawdzając telefon, czy nie ma nowych wiadomości. Wiedziałem, że przynajmniej przez jakiś czas będzie w tej otchłani – tej, w której znajduje się każdy, kto kogoś stracił.
To moment pomiędzy byciem razem a całkowitym byciem osobno, kiedy wszystko jest powodem do żałosnej nadziei, a Ty jesteś gotowy zinterpretować najmniejszy gest jako kosmiczny znak, że powinieneś być znowu razem. Ktoś wymienia jego imię w tłumie, a ty wariujesz, zastanawiając się, czy w tajemnicy chodzi o ciebie. Chociaż przynajmniej starasz się zachować godność udawać że chcesz rozmawiać o czymkolwiek innym niż o rozstaniu i ukochanym byłym – ludzie uczą się cię unikać, jeśli to możliwe, w obawie, że wpadną w godzinną paranoiczną analizę czterech ostatnich wiadomości, które z nimi wymieniłeś na Facebooku. To surowy, brzydki czas.
I wtedy przychodzi moment realizacji. „Och, znaleźli kogoś innego.” „Och, faktycznie się przenieśli”. „Och, są naprawdę szczęśliwsi beze mnie”. I chociaż jest to wyraźnie bardziej bolesne niż przebywanie w otchłani, przypomina zanurzenie się w lodowatej głębinie, zamiast boleśnie przyzwyczajać się do niej, centymetr po centymetrze. To lekarstwo, którego nie chcesz brać, ale które w końcu pozwoli ci wyzdrowieć. Kiedy nie będziesz już w stanie trzymać się każdej smutnej cząstki nadziei, że wszystko się ułoży, możesz w końcu znów zacząć być prawdziwą osobą i mieć zainteresowania wykraczające poza „Zastanawiam się, czy oni myślą o mnie w tej chwili”.
Oczywiście ciężko było mi patrzeć, jak mój przyjaciel przez to przechodzi. Głównie dlatego, że niezależnie od tego, co powiesz, wiesz, że tak naprawdę nie będzie to miało żadnego znaczenia. To tak, jakby być obok osoby cierpiącej na piekący ból zęba i powiedzieć jej, że za kilka krótkich tygodni żucie znów będzie całkowicie normalne. Jedyne, co czują, to zszargane nerwy i jedyne, czego chcą, to żeby przyszedł lekarz z Vicodinem. I przyznaję, że w pierwszym odruchu chciałam to skrócić, bo zachęcanie jej do obsesji na punkcie niedawnej straty nie pomoże jej w tym.
Ale powiedziała mi coś pomiędzy swoim urojeniowym czytaniem na głos e-maili o obojętności, co utkwiło mi w pamięci. Powiedziała,
„Tak się cieszę, że mogę przy Tobie szaleć”.
I czy nie to jest właśnie okropne w fazie zawieszenia, w wyniszczających rozstaniach? Trzeba udawać, że nie jest się szalonym. Musisz zachować całkowity spokój i opanowanie, kiedy krótko rozmawiasz z byłym, zachowujesz dobrą minę dla wspólnych znajomych lub spędzasz całe dnie w pracy, wpatrując się w ekran komputera, starając się nie płakać. To konieczność kontynuowania życia, które nagle zostało pozbawione sensu, i udawania, że nie jesteś tak całkowicie zdruzgotany jak jesteś. To zadanie pięciu innych pytań, zanim pozwolisz sobie zadać jedno na temat byłego, bo chcesz, żeby wyglądało to na przypadkowe i odręczne, a nie jedyną rzecz, o której możesz myśleć.
Kiedy myślę o moich uniwersalnych historiach o rozstaniu, często myślę o bałaganie, w jakim się stałem, o szaleństwie, któremu pozwoliłem się pochłonąć. I myślę o tym jednym, może dwóch przyjaciołach, którym naprawdę pozwoliłam na mój ból. Płakałam na nich, jadłam z nimi pizzę i oglądałam rozpraszającą telewizję. Kiedy śmiałem się po raz pierwszy, to było z nimi. A jeśli zaraz potem wybuchłam płaczem, nie osądzali mnie za to. Zadziałali jak pielęgniarka na mój ból, łagodząc go i sprawiając, że poczułem się trochę bardziej pod kontrolą.
Być może historia rozstania – taka, jaką wszyscy znamy – ostatecznie opowiada bardziej o ludziach, którzy nadal nas kochają, o ludziach, których miłość objawia się, gdy kolejna osoba przestaje. Myślę o tym, ile czasu zmarnowałam, płacząc z powodu facetów, którzy lata później nic dla mnie nie znaczyli. I czasami żałuję, że nie poświęciłam choć chwili tych łez, bez względu na to, jak bardzo wydawały się one prawdziwe, aby powiedzieć moim przyjaciołom, ile dla mnie znaczyło to, że wciąż tu byli.