
Wydaje się, że każdy ma inną zasadę dotyczącą tego, ile czasu powinno zająć uporanie się z czymś. Jeśli to związek, mówią ci połowę jego długości. Jeśli to strata, mówią ci o około roku – wystarczająco długo, aby przetrwać każdą specjalną okazję, kiedy jesteś przyzwyczajony do posiadania ich u swojego boku. Używamy takich sformułowań, jak „iść dalej” i „odpuścić”, tak jakby były to działania tak proste, jak zamknięcie drzwi i fizyczne odejście. Rozprostowujemy palce i upuszczamy wszystko, co trzymamy – to jest puszczanie, prawda? Tylko tyle?
Nie sądzę, żebym przeżył w swoim życiu ani jedną stratę, którą udałoby mi się pokonać w czasie, który wydaje się być określony przez społeczeństwo jako „akceptowalny”. I podejrzewam, że nie jestem tam sam. Odpuszczanie nie leży w ludzkiej naturze. W istocie jesteśmy stworzeniami terytorialnymi. Walczymy, żeby zatrzymać to, co kochamy. Poddanie się nie jest w żaden sposób instynktowne.
Jeśli jest coś, o czym chciałbym porozmawiać więcej, to są to etapy pośrednie w pozwalaniu komuś odejść. Bo nikt nie odpuszcza od razu. Raz odpuścisz. A potem znowu odpuszczasz. A potem znowu i znowu i znowu. Wypuszczasz kogoś do sklepu spożywczego, gdy jest w promocji jego ulubiony rodzaj zupy, a ty jej nie kupujesz. Kiedy sprzątasz łazienkę, wypuszczasz je ponownie i musisz wyrzucić butelkę płynu do mycia ciała, który pachnie nimi. Wypuszczasz je tego wieczoru w barze, kiedy wracasz do domu z kimś innym, albo wypuszczasz je co roku w rocznicę dnia, w którym je straciłeś. Czasami będziesz musiał pozwolić jednej osobie odejść tysiąc razy, na tysiąc różnych sposobów i nie ma w tym nic żałosnego ani nienormalnego. Jesteś człowiekiem. I nie zawsze jest to tak proste, jak podjęcie jednej decyzji i nigdy nie oglądanie się za siebie.
Ruszenie dalej nie zawsze polega na entuzjastycznym pędzeniu do przodu, ale na trzymaniu jednej stopy na gazie, a drugiej na hamulcach – na zmianę zwalniając i przyspieszając. Nie jesteś porażką, jeśli dotrzesz do niesamowitego miejsca, a gdy już tam dotrzesz, nadal będziesz mieć wrażenie, że brakuje Ci części siebie. Nie jesteś żałosny z powodu żałoby, gdy dorastasz. Złe rzeczy nie znikają w mgnieniu oka, a dobre rzeczy nie pojawiają się bez wywołania choćby najmniejszej szkody ubocznej. Trzeba czasu, żeby wszystko się wyrównało. I powinno.
Prawda jest taka, że nikt z nas nie chce myśleć o sobie jako o czymś, co jest w toku. Chcemy, żeby wszystko wydarzyło się natychmiast: zakochanie się, rozstanie, porzucenie tego, co powinniśmy zostawić w przeszłości i przejście do tego, co będzie dalej. Nienawidzimy przestrzeni pośrednich – czasów, kiedy wszystko jest w porządku, ale jeszcze nie do końca. Okresy, w których podejrzewamy, że następuje wzrost, ale nie mamy na to żadnych dowodów. Dni, kiedy wydaje się, że wszystko układa się na swoim miejscu, a mimo to wracamy do domu i płaczemy w poduszkę, bo nie mamy z kim podzielić się swoim szczęściem. Jeśli sukces to schody, wiecznie robimy dwa kroki do przodu i jeden do tyłu i to jest w porządku. W ten sposób możemy się kontrolować. W ten sposób powstrzymujemy się od rozwalenia całej tej bzdury.
Musimy uzbroić się w cierpliwość, gdy przechodzimy przez etapy pomiędzy tym, gdzie byliśmy, a tym, dokąd zmierzamy. Musimy pozwolić, aby przepaść nas motywowała, a nie zniechęcała. To w porządku, że jeszcze tam nie jesteś. Nie ma nic złego w tym, że nie jesteś pewien każdego kroku, który robisz. Nie mówimy o tym, jak czasami wydaje się, że ruszając dalej, walczymy z każdą częścią naszych najbardziej podstawowych instynktów, ale powinniśmy. Powinniśmy porozmawiać o tym, że wzrost jest często tak samo bolesny, jak piękny.
Ponieważ rozwój i odpuszczanie są ze sobą tak ściśle powiązane, że często widzimy tylko jedno lub drugie. Zapominamy, że mogą istnieć obok siebie – uwalniając stare i wpuszczając nowe. Zapominamy, że mamy możliwość zrobienia dokładnie tego samego. I że gdybyśmy tylko przestali się z tego powodu zamartwiać, moglibyśmy zdać sobie sprawę, jak daleko już zaszliśmy.