Miłość mimo wszystko – Marginalista

- Kultura - 29 stycznia, 2026
Miłość mimo wszystko – Marginalista
Miłość mimo wszystko – Marginalista

Wiesz, że ceną życia jest śmierć, że ceną miłości jest strata, a mimo to patrzysz, jak złote światło popołudnia pada na twarz, którą kochasz, wiedząc, że światło wkrótce zgaśnie, wiedząc, że kochająca twarz pewnego dnia również zamieni się w obojętność lub kość, a mimo to kochasz – ponieważ życie jest przemijające, ale możliwe, ponieważ tylko miłość łączy to, co niemożliwe i wieczne.

Myślę o tym i o fragmencie powieści Louise Erdrich z 2005 roku Malowany bęben (biblioteka publiczna) przelatuje przez niebo moich myśli:

Życie cię złamie. Nikt cię przed tym nie uchroni, samotne życie też nie, bo samotność też cię złamie swoją tęsknotą. Musisz kochać. Musisz czuć. To jest powód, dla którego jesteś tu na ziemi. Jesteś tu, żeby ryzykować swoje serce. Jesteś tu po to, żeby zostać pochłoniętym. A kiedy zdarzy się, że zostaniesz złamany, zdradzony, opuszczony, zraniony lub śmierć zbliża się do ciebie, usiądź pod jabłonią i słuchaj, jak jabłka spadają wokół ciebie w stosach, marnując swoją słodycz. Powiedz sobie, że skosztowałeś tyle, ile mogłeś.

To właśnie do tego ewoluowało życie – aria afirmacji wznosząca się niczym świetlista para z zimnej, ciemnej ciszy obojętnego kosmosu, która pewnego dnia to wszystko połknę. Każda żywa istota jest swoim śpiewakiem i zarządcą – coś, co poetycki paleontolog Loren Eiseley uchwycił z niezwykłą przenikliwością w swoim eseju „The Judgment of the Birds” z 1957 r., znajdującym się w jego całkowicie wspaniałej pośmiertnej kolekcji Miotacz Gwiazd (biblioteka publiczna).

Raven autorstwa Jackie Morrisa z Zagubione słowa przez Roberta Macfarlane’a

Eiseley wspomina, jak odpoczywał pod drzewem po dniu wędrówki przez paprocie i igły sosnowe i zbierał skamieliny, drzemał w ciepłym świetle słońca, a potem nagle obudził go wielkie zamieszanie i zobaczył „ogromnego kruka z czerwonym, wijącym się dziobem”, siedzącego na krzywej gałęzi powyżej. pisze:

Na polanę przyleciało pół tuzina małych ptaków, zwabionych udręczonymi krzykami maleńkich rodziców. Nikt nie odważył się zaatakować kruka. Ale oni płakali tam w jakiejś instynktownej wspólnej nędzy, pogrążeni w żałobie i ci, którzy nie zostali pogrążeni w żałobie. Polana wypełniła się ich cichym szelestem i krzykami. Zatrzepotały, jakby chciały wycelować skrzydła w mordercę. Wiedziały, że złamał jakąś niewyraźną, nieuchwytną etykę, którą naruszył. Był ptakiem śmierci. A on, morderca, czarny ptak w sercu życia, siedział tam, lśniąc w pospolitym świetle, groźny, nieruchomy, niewzruszony, nietykalny. Westchnienie ucichło. Wtedy właśnie zobaczyłem wyrok. Był to sąd życia nad śmiercią. Nigdy więcej nie zobaczę tego tak mocno zaprezentowanego. Nigdy więcej tego nie usłyszę w tak tragicznie długich nutach. W środku protestu zapomnieli bowiem o przemocy. Tam, na tej polanie, w ciszy zabrzmiała z wahaniem kryształowa nuta śpiewającego wróbla. I w końcu, po bolesnym trzepotaniu, pieśń podjęła inna, a potem kolejna, pieśń przechodząca z jednego ptaka na drugiego, z początku z wątpliwościami, jakby powoli zapominano o jakiejś złej rzeczy. Aż nagle nabrali otuchy i razem radośnie zaśpiewali z wielu gardeł, tak jak śpiewają ptaki. Śpiewali, bo życie jest słodkie, a światło słoneczne piękne. Śpiewali w ponurym cieniu kruka. Mówiąc prosto, zapomnieli o kruku, gdyż byli śpiewakami życia, a nie śmierci.

Para z Hannah Arendt miłość i jak żyć z fundamentalnym strachem przed stratąa następnie ponownie odwiedź Loren Eiseley na gajówki i cud istnienia.

źródło

0 0 głosów
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Wszystkie
Follow by Email
LinkedIn
Share
Copy link
Adres URL został pomyślnie skopiowany!
0
Would love your thoughts, please comment.x