
Marii Popowej
Ten esej jest adaptacją Przejście.
Najpierw czujemy, a potem myślimy, a potem spędzamy życie, wykrzywiając się, by odwrócić porządek, sublimując emocje do rozumu, tylko po to, by uciec od uczuć i odkryć, że stajemy się mniejsi i mniej żywi.
Umysł w szczególny sposób chroni nierozważne serce przed pęknięciem, potrafi powstrzymać niemożliwą miłość przed napływem przez gąszcz powodów i racjonalizacji, przekonując opętaną osobę, że tryskająca radością towarzystwa drugiej osoby, twórczym i intelektualnym ożywieniem, ekstazą zrozumienia płynącą między dwojgiem, muszą być nieodkrytym rodzajem przyjaźni, podziwu lub innej bezpiecznej substancji uczucia.
Jednak pod wpływem wystarczająco silnej siły radości, wbrew wystarczająco ekstatycznemu ożywieniu tama w końcu ustępuje i wdzierają się niekontrolowane bystrza erosu. W ten sposób ludzie o wysokiej inteligencji i wrażliwości, ludzie o skądinąd wyjątkowej samoświadomości, często nie zdają sobie sprawy – nie pozwalają sobie tego uświadomić – że zakochują się w kimś niedostępnym lub niewskazanym, dopóki pewnego dnia nie obudzą się przepełnieni wszechprzenikającą miłością, uduszeni niemożliwością jej aktualizacja… za późno, aby przyłożyć gazę rozumu do rany wylotowej miłości.

A jednak, wciąż, dawanie miłości, we wszystkich jej zamętach, złożonościach i możliwych katastrofach, prawdziwej szansy, jest jedynym antidotum na większą ranę, ból, który tak zatruwa życie – melancholię z powodu niewykorzystanej szansy.
W następstwie tego wszystkiego potrzeba nadludzkiej trzeźwości ducha, aby spojrzeć wstecz na prawdziwą, ale niezrealizowaną miłość bez rewizjonistycznego, przetrwania impulsu, aby odrzucić ją jako halucynację serca, ponieważ nie ma większej halucynacji niż racjonalizacja, którą mylimy z rozsądkiem.
