
Jak dotąd każdy okres w moim życiu był w jakiś sposób naznaczony przez dziewczynę, z którą zawsze się wtedy spotykałem. Nie nazwałabym ich najlepszym przyjacielem – głównie dlatego, że jestem dziwnie tradycyjna i opiekuńcza wobec idei, że istnieje tylko bycie jedna prawdziwa BFFjakbyśmy byli małżeństwem czy coś – ale to były ogromne części mojego życia. Były czasy „dziewczyny z pracy”, gdzie co drugi wieczór spędzaliśmy czas na plotkarskich rozmowach po pracy. Były okresy, kiedy w gimnazjum i liceum były fajne dziewczyny, które na krótko wpuszczały mnie do swojego wewnętrznego kręgu, oferowały mi papierosy lub topy wiązane na szyi, których nie wolno mi było nosić w domu. Były okresy, w których dziewczyny przyciągały mnie w nowym miejscu i gdzie mogłam stworzyć własną wersję miasta pod silnym wpływem ich ulubionych miejsc. W każdym ważnym momencie mojego życia zawsze towarzyszyła mi dziewczyna. Kobieta-wspólniczka w zbrodni, która wszystko zrozumiała.
A widząc ich ponownie, gdy ich era dobiegła końca, kiedy się od siebie oddaliliśmy lub po prostu staliśmy się innymi ludźmi, zawsze czuję się, jakbym mógł żyć – choćby przez jedną noc skakania po barach – jakbym znów był tą osobą. Spędzamy godziny, nadrabiając zaległości w wspominaniu wszystkich ludzi, których razem znaliśmy, miejsc, do których chodziliśmy i rzeczy, na które pozwoliliśmy sobie robić, a których nigdy byśmy nie zrobili. rozważać Dzisiaj. Te dziewczyny są ambasadorkami miejsca, w którym mieszkałem, zarówno pod względem fizycznym, jak i duchowym, i często mam wrażenie, że niosą ze sobą ogromną część mnie. Lubię myśleć, że oni czują do mnie to samo.
Ale czasami sprawy nie układają się najlepiej. Rozstajemy się z ważnego powodu i nie spotykamy się rok później, żeby bez tchu nadrobić wszystko, co przeoczyliśmy. Z braku lepszego określenia rozstajemy się. I choć bardzo chciałabym udawać, że te rozstania były natręctwem nikczemnego chłopaka albo całkowicie nieuniknionymi okolicznościami – a nawet całkowicie winą tej drugiej dziewczyny – to przynajmniej częściowo moja wina. Kiedy analizuję każdą dziewczynę, z którą się pokłóciłem (a nie jest ich wiele, ale wystarczy, aby narysować wzór lub dwa), zachowałem się samolubnie. Zrzucałem na nich zbyt dużo moich osobistych bzdur, wymagałem od nich zbyt wiele czasu lub zaniedbywałem ich potrzeby. Zawiodłem nawet zaufanie. Czasami oni też zachowywali się źle, ale zawsze potrafię znaleźć winę w niektórych rzeczach, które zrobiłem. Mogę powiedzieć, że traktowałem ich tak, jakbym ich nie kochał, jakbym nie cenił ich obecności jako przyjaciela i wspólnika w zbrodni.
Krótko mówiąc, traktowałem ich tak, jak traktuje się kogoś bliskiego przed zerwaniem.
I nigdy nie mówimy o rozstaniu przyjaciół, ponieważ nie myślimy o nich w ten sam sposób. Nie analizujemy w ten sam sposób straty w naszym życiu, a już na pewno nie spodziewamy się, że będziemy mogli udać się do innych przyjaciół z płaczem, opłakując utratę związku, który tak bardzo ceniliśmy. Ale utrata dziewczyny często pozostawiała mnie tak samo zdruzgotanym (jeśli nie bardziej) jak utrata romantycznego związku. To mnie zżera i rujnuje moją samoocenę. Ponieważ nie jest to uczucie wyzwolenia lub chwili zamknięcia, tak jak odczuwa się koniec romantycznego związku (nawet jeśli jest to bolesne), wydaje się to jedynie dowodem na moje własne niedociągnięcia, niepowodzenia, fakt, że nie mogłem sprawić, by wszystko układało się dobrze z dziewczyną, którą kochałem.
To prawdopodobnie głupie, ale za każdym razem, gdy naprawdę kocham dziewczynę, wyobrażam sobie nas dwoje, śmiejących się, opowiadających sprośne dowcipy i pijących koktajle z ginu w domu spokojnej starości. Wyobrażam sobie nas jako laski pod koniec długiego, ekscytującego życia pełnego przyjaźni i miłości, które są szczęśliwe, mogąc po prostu patrzeć, jak ludzie przechodzą obok i plotkują. I może zagraj w jakieś karty. Ale wyobrażam sobie przyszłość z nimi, tak jak z moim chłopakiem, z rodziną, z każdą osobą, którą kocham. Wyobrażam sobie siebie, starszą, mądrzejszą, ale wciąż otoczoną ludźmi, których naprawdę kocha.
Zerwanie z dziewczyną – zranienie jej lub spowodowanie, że ona zraniła ciebie, aż do separacji – oznacza zaakceptowanie faktu, że wizja domu spokojnej starości prawdopodobnie się nie spełni. I tak jak w przypadku każdego rozstania, trzeba życzyć im wszystkiego najlepszego, mieć nadzieję, że odnajdą szczęście z kimś bardziej do nich pasującym. Trzeba mieć nadzieję, że znajdą wspólnika w zbrodni, który nie będzie ich brał za pewnik i nie będzie wciągany w błahe sprawy. Musisz iść dalej i pozwolić im iść dalej, nawet jeśli ich przyjaźń zdefiniowała całą epokę twojego życia. Nawet jeśli czują się jak ambasador miejsca, w którym mieszkałeś, ale którego nie możesz już odwiedzić. Nawet jeśli nie jesteś gotowy, aby pozwolić im odejść.