
„W pełnym skupieniu” – napisała poetka Jane Hirshfield w swoim pięknym badaniu bezwysiłkowy wysiłek twórczy, “Świat i ja zaczynają się łączyć. Wraz z tym stanem następuje poszerzenie: tego, co można poznać, co można poczuć, co można zrobić.” Ale koncentracja jest rzeczywiście trudną sztuką, sztuką sztuki, a jej trudność polega na ciągłym godzeniu dysonansu między sobą a światem – trudność ta nie jest niczym wyjątkowym w szczególnych warunkach naszych czasów. Dwieście lat przed pojawieniem się mediów społecznościowych ubolewał wielki francuski artysta Eugène Delacroix niezbędną mękę unikania zakłóceń społecznych w pracy twórczej; półtora wieku później Agnes Martin napominała aspirujących artystów wykazywać się rozeznaniem w przerwach, na jakie pozwalająlub w przeciwnym razie zepsuć mentalną, emocjonalną i duchową prywatność tam, gdzie pojawia się inspiracja.
Ale tak jak samokrytyka jest najbardziej bezlitosnym rodzajem krytyki I współczucie dla samego siebie, najbardziej nieuchwytny rodzaj współczuciarozproszenie uwagi jest najniebezpieczniejszym rodzajem rozproszenia i przed którym najtrudniej chronić pracę twórczą.
Jak zabezpieczyć się przed tym niebezpieczeństwem, pyta ukochany poeta Mary Oliwier (10 września 1935 r. – 17 stycznia 2019 r.) bada we wspaniałym utworze zatytułowanym „O mocy i czasie”, znajdującym się w całkowicie urzekającym Upstream: wybrane eseje (biblioteka publiczna).

Oliwer pisze:
To srebrny poranek jak każdy inny. Jestem przy biurku. Wtedy dzwoni telefon albo ktoś puka do drzwi. Jestem głęboko pogrążony w maszynerii mojego rozumu. Niechętnie wstaję, odbieram telefon lub otwieram drzwi. I myśl, którą miałem w ręku, albo prawie w ręku, zniknęła. Praca twórcza wymaga samotności. Wymaga koncentracji, bez zakłóceń. Aby wlecieć, potrzebuje całego nieba i nie obserwuje oczu, dopóki nie osiągnie tej pewności, do której dąży, ale niekoniecznie musi ją mieć od razu. Prywatność. Oddzielne miejsce — do spacerowania, żucia ołówków, bazgrania, wymazywania i jeszcze raz bazgrania.
Ale równie często, jeśli nie częściej, przerwa nie pochodzi od kogoś innego, ale od samego „ja” lub innego „ja” w sobie, które gwiżdże i uderza w panele drzwi i rzuca się z pluskiem do stawu medytacji. A co to ma do powiedzenia? Że musisz zadzwonić do dentysty, że skończyła ci się musztarda, że za dwa tygodnie urodziny twojego wujka Stanleya. Ty oczywiście reagujesz. Potem wracasz do swojej pracy i okazuje się, że chochliki idei uciekły z powrotem we mgłę.
Oliver nazywa to „intymnym czynnikiem zakłócającym” i ostrzega, że jest to o wiele bardziej niebezpieczne dla pracy twórczej niż jakiekolwiek zewnętrzne rozproszenie, i dodaje:
Świat przesyła w sposób energetyczny miejsca otwartego i wspólnego liczne pozdrowienia, tak jak powinien to robić świat. Jaka może być z tym kłótnia? Ale to, że jaźń może sobie przeszkodzić – i robi to – jest ciemniejszą i ciekawszą sprawą.
Powtarzając Borgesa zdziwienie naszą podzieloną osobowościąOliver postanawia odkopać elementy składowe siebie, aby zrozumieć jego równoległe zdolności do skoncentrowanego przepływu twórczego i bezlitosnego zakłócania. Identyfikuje trzy podstawowe ja, które zamieszkuje i które zamieszkują ją, tak jak każdego z nas: ja z dzieciństwa, z którym spędzamy życie próbując wpleść się w ciągłość naszej osobistej tożsamości („Dziecko, którym byłem” ona pisze, „jest ze mną w chwili obecnej. Będzie ze mną w grobie”.); jaźń społeczna, „spętana tysiącem pojęć obowiązku”; i trzecie ja, rodzaj nieziemskiej świadomości.
Jej zdaniem pierwsze dwa „ja” zamieszkują zwyczajny świat i są obecne we wszystkich ludziach; trzecia jest innego rzędu i najłatwiej ożywa u artystów – to tam kryje się źródło twórczej energii. Ona pisze:
Z pewnością jest w każdym z nas jaźń, która nie jest ani dzieckiem, ani sługą godzin. To trzecie ja, okazjonalne u niektórych z nas, tyran u innych. To „ja” nie kocha tego, co zwyczajne; to brak miłości do czasu. Ma głód wieczności.

Oliver kontrastuje egzystencjalny cel dwóch zwykłych „ja” z celem twórczego „ja”:
Załóżmy, że kupiłeś bilet na samolot i zamierzasz polecieć z Nowego Jorku do San Francisco. O co prosisz pilota, wchodząc na pokład i siadając obok okienka, którego nie można otworzyć, ale przez które widać zawrotne wysokości, na które wznosi się się z bezpiecznej i przyjaznej ziemi?
Z pewnością chcesz, aby pilot był normalnym i zwyczajnym sobą. Chcesz, żeby podszedł i podjął się swojej pracy z niczym więcej niż spokojną przyjemnością. Nie chcesz niczego wymyślnego, nic nowego. Prosisz go, aby rutynowo robił to, co wie, czyli latał samolotem. Masz nadzieję, że nie będzie śnił na jawie. Masz nadzieję, że nie wpadnie w jakiś ciekawy meandr myślenia. Chcesz, żeby ten lot był zwyczajny, a nie niezwykły. To samo dotyczy chirurga, kierowcy ambulansu i kapitana statku. Niech wszyscy pracują tak jak zwykle, z pełną świadomością tego, czego wymaga ta praca i nic więcej. Ich zwyczajność jest gwarancją świata. Ich zwyczajność sprawia, że świat się kręci.
[…]
W pracy twórczej — praca twórcza wszelkiego rodzaju — ci, którzy są artystami działającymi na świecie, nie starają się pomóc światu kręcić się wokół, ale iść do przodu. Czyli coś zupełnie innego niż zwykle. Taka praca nie obala zwyczajności. To jest po prostu coś innego. Jego praca wymaga innego spojrzenia – innego zestawu priorytetów.
Częścią tego czegoś innego, argumentuje Oliver, jest niezwykła integracja twórczego „ja” – dzieła artysty nie można oddzielić od całego życia artysty, ani jego całości nie można rozbić na mechaniczne fragmenty konkretnych działań i nawyków. (W innym miejscu Oliver pięknie o tym pisał jak nawyk nadaje kształt naszemu życiu wewnętrznemu, ale nie może go kontrolować).
Powtarzając koncepcję Keatsa „zdolność negatywna”, Dani Shapiro podkreśla, że zadaniem artysty jest „przyjąć niepewność, wyostrzyć się i udoskonalić ją” oraz rada Georgii O’Keeffe, że jako artysta powinieneś być „trzymaj nieznane zawsze poza sobą”, Oliver uważa za główne zadanie twórczego życia – uczynienie niepewności i nieznanego surowcem sztuki:
Czasem praca intelektualna, z pewnością praca duchowa, zawsze praca artystyczna – to siły, które wpadają w jej zasięg, siły, które muszą wyjść poza sferę godziny i powściągliwości przyzwyczajenia. Nie można też oddzielać właściwej pracy od całego życia. Podobnie jak rycerze w średniowieczu, osoba o skłonnościach twórczych niewiele może zrobić poza przygotowaniem ciała i ducha na nadchodzącą pracę – gdyż wszystkie jego przygody są nieznane. Tak naprawdę praca sama w sobie jest przygodą. I żaden artysta nie mógłby zająć się tą pracą i nie chciałby tego zrobić, mając mniej niż niezwykłą energię i koncentrację. Niezwykłość jest tym, o co chodzi w sztuce.
W nastroju, który przywołuje na myśl porywający list Van Gogha dot podejmowanie ryzyka i jak natchnione błędy popychają nas do przoduOliver powraca do pytania o warunki, które popychają do istnienia twórcze „ja”:
Nikt jeszcze nie sporządził listy miejsc, w których może wydarzyć się coś niezwykłego, a gdzie nie. Mimo wszystko są przesłanki. Wśród tłumów, w salonach, wśród wygód, wygód i przyjemności rzadko się ją widuje. Lubi przebywanie na świeżym powietrzu. Lubi koncentrację umysłu. Lubi samotność. Bardziej prawdopodobne jest, że przylgnie do osoby podejmującej ryzyko niż kupującej bilet. Nie chodzi o to, że lekceważyłoby to wygodę lub ustalone rutyny tego świata, ale że jego troska jest skierowana gdzie indziej. Zajmuje się krawędzią i tworzeniem formy z bezforemności, która jest poza krawędzią.
Przede wszystkim Oliver obserwuje z „szczęśliwa platforma” długiego, celowego i twórczo płodnego życia, zadaniem artysty jest niezłomne oddanie sztuce:
Co do tego nie ma wątpliwości – praca twórcza wymaga lojalności tak całkowitej, jak wierność wody sile grawitacji. Osoba wędrująca przez pustynię stworzenia, która tego nie wie – która tego nie połyka – jest zgubiona. Kto nie pragnie wieczności w tym miejscu bez dachu, powinien zostać w domu. Taka osoba jest całkowicie godna i użyteczna, a nawet piękna, ale nie jest artystą. Taka osoba powinna lepiej żyć z terminowymi ambicjami i skończoną pracą stworzoną tylko na blask chwili. Lepiej dla takiej osoby polecieć samolotem.
Wraca do problemu koncentracji, która dla artysty jest formą, być może ostateczną formą, konsekracji:
Pracujący, skoncentrowany artysta to dorosły, który nie pozwala sobie na przerwy, który pozostaje pochłonięty i pełen energii w dziele i przez nie – który w ten sposób jest za dzieło odpowiedzialny… Dlatego też poważne przerwy w pracy nigdy nie są nieodpowiednimi, wesołymi, a nawet pełnymi miłości przerwami, które przychodzą do nas od kogoś innego.
[…]
Jest szósta rano, a ja pracuję. Jestem roztargniony, lekkomyślny, niedbający o obowiązki społeczne itp. Jest tak, jak być powinno. Opona pęka, ząb wypada, sto posiłków obejdzie się bez musztardy. Wiersz zostaje napisany. Mocowałem się z aniołem i jestem splamiony światłem i nie mam wstydu. Nie mam też poczucia winy. Nie jestem odpowiedzialny za zwyczajność ani czas. Nie obejmuje musztardy ani zębów. Nie dotyczy to utraconego guzika ani fasoli w garnku. Jestem lojalny wobec wewnętrznej wizji, kiedykolwiek i w jakikolwiek sposób może ona nadejść. Jeśli mam się z wami spotkać o trzeciej, cieszcie się, jeśli się spóźnię. Cieszcie się jeszcze bardziej, jeśli w ogóle nie przyjdę.
Nie ma innego sposobu na wykonanie dzieła o wartości artystycznej. A okazjonalny sukces dla osoby dążącej do celu jest wart wszystkiego. Najbardziej żałujący ludzie na ziemi to ci, którzy poczuli powołanie do pracy twórczej, którzy poczuli, że ich własna moc twórcza jest niespokojna i zbuntowana, i nie poświęcili jej ani mocy, ani czasu.
Pod prąd to niezwykle orzeźwiająca lektura w całości, uziemiająca i podnosząca jednocześnie na duchu. Uzupełnij go Oliverem miłość i jej niezbędna dzikość, co tak naprawdę oznacza uwagaI miarą dobrze przeżytego życiaa następnie ponownie odwiedź Jane Hirshfield trudna sztuka koncentracji.
