Jak poezja ratuje życie – margines

- Kultura - 1 kwietnia, 2026
Jak poezja ratuje życie – margines
Jak poezja ratuje życie – margines

Dlaczego nie jesteśmy lepsi niż jesteśmy: jak poezja ratuje życie

„Życie pełne cierpliwego cierpienia… samo w sobie jest lepszym wierszem, niż którykolwiek z nas byłby w stanie napisać” – młoda poetka Anne Reeve Aldrich napisał do Emily Dickinson na krótko przed jej przedwczesną śmiercią. „Tylko przez bramy cierpienia, psychicznego lub fizycznego, możemy przejść do czułego współczucia dla smutków całej ludzkości, które osiągnięcie powinno być ideałem każdej duszy”.

Cierpienie to nazwa, którą nadajemy temu, jak żyjemy z niedoskonałościami życia i z naszą własną niedoskonałością, która często jest źródłem naszego najgłębszego cierpienia. To, jak znosimy tę niedoskonałość i co z nią robimy, jest naszym wielkim żywym poematem.

Ta świadomość pulsuje w całym zbiorze esejów Poważna twarz (biblioteka publiczna) przez Jona Mooallema — jeden z najlepszych dziennikarzy magazynowych naszych czasów i jeden z najbardziej oryginalnych gawędziarzy. Pisze we wstępie:

Dwadzieścia lat temu pracowałem w małym magazynie literackim w Nowym Jorku, przeglądając ogromną stertę zgłoszeń poetyckich pod kątem wszelkich treści, które redaktorzy mogliby chcieć opublikować. Proszę, wiedzcie, że osądzanie wierszy tych wszystkich ludzi wywołało u mnie mdłości. Miałem dwadzieścia dwa lata i niezbyt oczytany, a moją jedyną dotychczasową pracą na pełen etat była praca jako koszerny rzeźnik. Mogłem lubić tylko to, co mi się podobało. Poza tym było mi wyjątkowo smutno. Mój ojciec zmarł rok wcześniej, a smutek i zakłopotanie, które tłumiłam, zaczęły napływać w górę. Poczułem się samotny. Poczułem się zagubiony. A ja skupiałam się na zrozumieniu, dlaczego wszystko było takie trudne i co zrobiłam źle. W niektóre wieczory wracałem pięćdziesiąt osiem przecznic od biura do domu, z wyjątkowo poważnym wyrazem twarzy i miotałem myślami niczym kostka Rubika, starając się, aby jej kolor był jaśniejszy.

A potem spośród tysięcy wierszy, których wartość literacką miał niezręcznie pośredniczyć, jeden przerwał mu krótko: „Mróz na polach” Erica Tretheweya, już nieżyjącego; jedna szczególna linijka wieńczy lirykę krajobrazu:

Dlaczego nie jesteśmy lepsi niż jesteśmy?

Stało się to ożywiającą kwestią życia Jona, jako pisarza i jako istoty ludzkiej; pytanie, które szepcze lub ryczy każdy z esejów, a żadne nie jest bardziej przejmujące niż pytanie zatytułowane pokrewnym pytaniem: „Dlaczego oni, a nie inni?” — jego relacja z podróży przez dwadzieścia lat w otchłań do odległych krańców Alaski, którą odbył z dwoma przyjaciółmi ze studiów na wiosnę życia.

Światło księżyca, zima przez Rockwella Kenta. (Dostępne jako wydruk i jako karty papiernicze.)

Epoka po wyprawie tam Rockwella Kenta znaleźć sedno kreatywnościtrzej młodzi mężczyźni przybyli do krainy tak odległej, tak niepokojącej dla ich świadomości miejskiej, że wydawała się całkowicie obca:

Kiedy łódź, która nas dostarczyła, zniknęła, a warkot jej silnika przeszedł w szmer, a potem w końcu ucichł, na plaży zrobiło się niewyobrażalnie cicho, a ogrom i niezwykłość naszego otoczenia nagle stała się widoczna… Poczułem się jak w scenach przedstawiających astronautów, którzy w końcu uwolniwszy się z ziemskiej atmosfery, pogrążyli się w kosmicznej ciszy. Tylko że nie byliśmy w kosmosie. Byliśmy na ziemi – wreszcie naprawdę na ziemi.

Ale tę transcendentną idyllę wkrótce przerwała brutalna bezstronność natury – huk, potem trzask, a potem szybszy niż prędkość rozumu, kolosalne drzewo na szczycie jednego z trzech przyjaciół. (Nawiasem mówiąc, nazywany także Jonem.)

Udało im się wezwać pomoc przez radio. Po wystrzeleniu wiotkiej flary zaczęli się obawiać, że są nieodkryci w niezbadanej dziczy, daleko w głębi lądu od ich obozu. Wiedzieli tylko, że muszą utrzymać go przytomnego do czasu przybycia pomocy, przygwożdżonego przy drzewie w lodowatym potoku, z hipotermią oprócz wewnętrznego krwawienia, które bez wątpienia zalewało jego organizm.

Jakimś zwierzęcym instynktem, klęcząc nad drugim Jonem, ten oparł się na półautomatyce swego umysłu:

Co może powiedzieć dana osoba? Miałem na studiach dwóch profesorów literatury, którzy kazali nam uczyć się wierszy na pamięć. Twierdzili, że nigdy nie wiadomo, kiedy przydadzą się jakieś wersety. Lubiono się przechwalać, że podróżując po Irlandii odkrył, że jeśli wypluwa trochę Yeatsa w knajpie, to może pić za darmo. W ten sposób zakończyłem recytację wiersza miłosnego Jonowi.

Ten wiersz był „Szampon” przez Elżbietę Biskup. Przeniósł się do Audena „Ten bardziej kochający”. Potem trochę Roberta Frosta i trochę Kay Ryan. Opowiada:

Jon i ja spędzaliśmy razem około półtorej godziny samotnie na poszyciu lasu. Przeglądałem wszystko, co miałem w kołczanie – Kay Ryan, AR Ammons, Michael Donaghy – dopełniając każdy wiersz krótkimi uwagami wstępnymi, podczas gdy Jon nic nie mówił, tylko dawał sygnały oczami lub wydawał dźwięk, ilekroć się meldowałem. Poczułem się jak DJ radiowy odtwarzający płyty w środku nocy, niepewny, czy ktoś słucha. A oto ten o sowach, autorstwa Richarda Wilbura, powiedziałem Jonowi i poszliśmy.

Nie był pewien – jak ktokolwiek może być pewien? — że radzi sobie najlepiej, że nie może zrobić nic lepszego, być lepszym. Ale to było najlepsze, co miał.

Drugi Jon przeżył i dożył chwili, w której zapamiętał poezję na dnie lasu jako spokojną chwilę pośród przerażającej niepewności i bólu nadnerczy. Zastanawiając się nad tym doświadczeniem, teraz oboje są dwa razy starsi niż wtedy, Jon pisze:

Nawet moje recytowanie tych wierszy, które zawsze wydawało mi się momentem całkowitej bezradności, stało się, według Jona, doskonałym symbolem tej passy nieoczekiwanego rozwiązywania problemów. „Emanowałeś spokojem” – powiedział mi niedawno.

Była to poezja jako dylatacja czasu i poezja jako modlitwa – sposób na utrzymanie dryfującego umysłu zakotwiczonego w pytaniach, które codziennie nie pozwalają nam spać i wzmagają twórczy niepokój, który nazywamy sztuką i nazywamy znaczeniem. Jeden ze sposobów odpowiedzi na to dawno zadane pytanie: poprzez ten czuły dowód tego, jak czasami – a zwłaszcza wtedy, gdy życie rzuca nas na kolana na leśnym dnie kryzysu – Czy lepiej, lepiej, niż kiedykolwiek myśleliśmy, że możemy być, płynąc w iluzorycznym bezpieczeństwie naszego codziennego życia.

Poruszony nieprawdopodobnym sposobem, w jaki wiersz nieznajomego pomógł Jonowi ocalić życie przyjaciela i ukształtował jego własne, poprosiłem go, aby przeczytał go nam przez pół życia po przypadkowym spotkaniu z nim w stosie zgłoszeń w jego podstawowej pracy, ze stroną Bacha:

Uzupełnij model Gwendolyn Brooks linia życia wiersza i Mary Oliver dalej jak książki uratowały jej życiea następnie wróć do uderzająco pokrewnej historii jak Oliver Sacks uratował sobie życie, recytując poezję.

źródło

0 0 głosów
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Wszystkie
Follow by Email
LinkedIn
Share
Copy link
Adres URL został pomyślnie skopiowany!
0
Would love your thoughts, please comment.x