
„Trzeba próbować pisać jakby pośmiertnie” Christophera Hitchensa (13 kwietnia 1949 – 15 grudnia 2011) wyraził słynną opinię w Rozmowa w Bibliotece Publicznej Nowego Jorku trzy dni przed śmiertelną diagnozą raka. „Nie ufaj współczuciu, preferuj godność dla siebie i innych” On radził młodym przeciwnikom lata wcześniej. Jakże uderzające staje się zatem zderzenie jego bezkompromisowego etosu z równie bezkompromisową rzeczywistością śmierci, utrwaloną w Śmiertelność (biblioteka publiczna), jego ostatnia opublikowana praca, która ukazała się w tym tygodniu – porywająca i klarowna medytacja na temat śmierci, która rozwijała się w ostatnich miesiącach życia Hitcha. Ale to, co czyni tę książkę naprawdę niezwykłą, to głębokie oscylowanie pomiędzy charakterystyczną, dumną, niemal upartą samoświadomością – tą umiejętnością patrzenia oczami krytyka, a nie doświadczającego „ja” – a wrażliwością, która jest mu tak wyraźnie obca, a jednak tak bez tchu nieunikniona w obliczu śmierci. Ideologiczny rygor, z jakim podchodzi do własnej ostateczności, rozdzierając religię i politykę oraz inne zbiorowe, a tym samym bezosobowe aspekty kultury, pęka tu i ówdzie, początkowo subtelnie, pozwalając przebić się dyskomfortowi związanemu z otarciem się o nieznane, a potem szeroko się otwiera, ukazując czysty ludzki terror przestania istnieć.

Zaczynamy od zobaczenia, jak Hitchens, sam będący prawdziwym przeciwnikiem, przeciwstawia się powszechnej psychologii śmierci:
Słynna teoria sceniczna Elisabeth Kübler-Ross, według której przechodzi się od zaprzeczenia do wściekłości, poprzez targowanie się, aż do depresji i ostatecznej błogości „akceptacji”, nie miała jak dotąd większego zastosowania w moim przypadku. W pewnym sensie „zaprzeczam” temu przez jakiś czas, świadomie paląc świecę z obu stron i stwierdzając, że często daje ona piękne światło. Ale właśnie z tego powodu nie mogę sobie wyobrazić, jak z szokiem unoszę brwi ani nie słyszę, jak jęczę, jakie to wszystko jest takie niesprawiedliwe: namawiałem Żniwiarza, żeby skierował w moją stronę wolną kosę, a teraz uległem czemuś tak przewidywalnemu i banalnemu, że nawet mnie to nudzi. Wściekłość nie miałaby sensu z tego samego powodu. Zamiast tego dokucza mi dokuczliwe poczucie marnotrawstwa. Miałem realne plany na następną dekadę i czułem, że pracowałem wystarczająco ciężko, aby na to zasłużyć. Czy naprawdę nie dożyję ślubu moich dzieci? Aby zobaczyć, jak World Trade Center ponownie rośnie? Czytać – jeśli nie pisać – nekrologów starszych złoczyńców, takich jak Henry Kissinger i Joseph Ratzinger? Ale rozumiem ten rodzaj niemyślenia takim, jakim jest: sentymentalizmem i użalaniem się nad sobą.
Jednym z mechanizmów radzenia sobie jest stoicka ironia:
Na głupie pytanie: „Dlaczego ja?” kosmos ledwo zadaje sobie trud, aby odpowiedzieć: dlaczego nie?
Będąc bastionem semantycznej przejrzystości, Hitch nie przegapia okazji, aby rozczłonkować wiele metafor, których używamy o śmierci i wokół niej, powtarzając Klasyka i rewolucja Susan Sontag Choroba jako metafora omawiając stereotyp „wojny z rakiem”:
Ja osobiście uwielbiam obrazy walki. Czasami żałuję, że nie cierpię w słusznej sprawie albo nie narażam życia dla dobra innych, zamiast być po prostu poważnie zagrożonym pacjentem. Pozwól jednak, że poinformuję Cię, że kiedy siedzisz w pokoju z grupą innych finalistów, a życzliwi ludzie przynoszą ogromną przezroczystą torebkę z trucizną i podłączają ją do Twojego ramienia, a Ty albo czytasz książkę, albo nie czytasz, a worek jadu stopniowo opróżnia się do Twojego organizmu, obraz zagorzałego żołnierza lub rewolucjonisty jest ostatnim, który przychodzi Ci do głowy. Czujesz się pogrążony w bierności i bezsilności: rozpuszczasz się w bezsilności jak kostka cukru w wodzie.
Mimo to Hitchens wykorzystuje swoją śmierć jako narzędzie do kontynuowania trwającej całe życie krucjaty przeciwko religii, która zapewniła mu miejsce wśród „czterech jeźdźców nowego ateizmu” – wraz z Richarda Dawkinsa, Dana DennettaI Sama Harrisa – i podejmuje szereg sprytnych ataków na paradoksy religii:
Wielu czytelników zna ducha i literę definicji „modlitwy” podanej przez Ambrose’a Bierce’a w jego Devil’s Dictionary. Działa to w ten sposób i jest niezwykle łatwe do zrozumienia:
Modlitwa: Prośba o zawieszenie praw natury na korzyść składającego petycję; sam przyznał, że jest niegodny.
Każdy może dostrzec żart zawarty w tym wpisie: Człowiek, który się modli, to ten, który myśli, że Bóg wszystko źle uporządkował, ale myśli też, że może poinstruować Boga, jak to naprawić. Na wpół pogrzebana w sprzeczności jest niepokojąca koncepcja, że nikt nie rządzi ani nie ma żadnego autorytetu moralnego. Wezwanie do modlitwy samo się unieważnia.
Ale od czasu do czasu, pomiędzy obalaniem stereotypów, samozadowolenie na krawędzi jego samoświadomości mięknie i ustępuje prawdziwemu i surowemu ludzkiemu terrorowi jego doświadczenia:
Zwykle przyjmuje się, że pytanie „Jak się masz?” nie wymaga od ciebie przysięgi, że udzielisz pełnej i szczerej odpowiedzi. Dlatego też obecnie pytany o to odpowiadam coś tajemniczego, na przykład: „Trochę za wcześnie, żeby to mówić”. (Jeśli o to pyta wspaniały personel mojej kliniki onkologicznej, czasami posuwam się nawet do odpowiedzi: „Wygląda na to, że mam dzisiaj raka”.) Nikt nie chce, żeby mu opowiadano o niezliczonych drobnych okropnościach i upokorzeniach, które stają się faktami w „życiu”, kiedy ciało zmienia się z przyjaciela we wroga: nudna zmiana od chronicznego zaparcia do jego nagłego, dramatycznego przeciwieństwa; równie paskudny podwójny krzyż odczuwania ostrego głodu ze strachem nawet przed zapachem jedzenia; absolutna nędza wywołana mdłościami na całkowicie pustym żołądku; lub żałosne odkrycie, że wypadanie włosów objawia się zanikiem mieszków włosowych w nozdrzach, a co za tym idzie, dziecinnym i irytującym zjawiskiem ciągłego kataru. Przepraszam, ale pytałeś… Nie jest zabawnie doceniać w pełni prawdziwość materialistycznego twierdzenia, czego ja nie Posiadać ciało, ja jestem ciało.
Rzeczywiście, nawet Hitchowi trudno jest to intelektualnie zintelektualizować, choćby próbował:
Najbardziej przygnębiający i niepokojący ze wszystkich jak dotąd był moment, w którym mój głos nagle wzrósł do dziecięcego (a może przypominającego prosię) pisku pisku. Potem zaczęło to być słychać wszędzie, od szorstkiego i ochrypłego szeptu po papierowe, żałosne beczenie. A czasami groziło – i obecnie grozi codziennie – całkowitym zniknięciem. Właśnie wróciłem z kilku przemówień w Kalifornii, gdzie przy pomocy morfiny i adrenaliny mogłem jeszcze z powodzeniem „projektować” swoje wypowiedzi, gdy próbowałem złapać taksówkę pod domem – i nic się nie wydarzyło. Stałem jak zamrożony jak głupi kot, który nagle stracił miauczenie. Kiedyś potrafiłem zatrzymać nowojorską taksówkę z trzydziestu kroków. Mogłem także bez pomocy mikrofonu dotrzeć do tylnego rzędu i galerii zatłoczonej sali obrad. I może nie ma się czym chwalić, ale ludzie mówią mi, że jeśli ich radio lub telewizor było włączone, nawet w sąsiednim pokoju, zawsze mogli wychwycić moje tony i wiedzieć, że ja też jestem „włączony”.
Podobnie jak samego zdrowia, nie można sobie wyobrazić utraty takiej rzeczy, dopóki ona nie nastąpi. Podobnie jak wszyscy, grałem wersje młodzieńczego „Which wolisz?” gra, w której najczęściej dyskutuje się, czy ślepota czy głuchota będzie bardziej uciążliwa. Ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek spekulował zbyt wiele na temat ogłupienia. (W języku amerykańskim stwierdzenie „naprawdę nie chciałbym być głupi” mogłoby w każdym razie wywołać kolejny chichot). Pozbawienie możliwości mówienia przypomina raczej atak impotencji lub amputację części osobowości. W dużej mierze, zarówno publicznie, jak i prywatnie, „byłem” swoim głosem. Wszystkie rytuały i etykiety konwersacyjne, od chrząkania w ramach przygotowań do opowiedzenia niezwykle długiego i wyczerpującego dowcipu po (w młodości) próby uczynienia moich propozycji bardziej przekonującymi, gdy obniżałem ton o strategiczną oktawę wstydu, były dla mnie wrodzone i niezbędne. Nigdy nie umiałam śpiewać, ale kiedyś potrafiłam recytować poezję i cytować prozę, a czasami nawet mnie o to proszono. A wyczucie czasu jest najważniejsze: ten wyjątkowy moment, w którym można włamać się i zakończyć historię, zmienić zdanie, żeby się pośmiać, albo ośmieszyć przeciwnika. Żyłem dla takich chwil. Teraz, jeśli chcę rozpocząć rozmowę, muszę w jakiś inny sposób przyciągnąć uwagę i żyć ze strasznym faktem, że ludzie słuchają wtedy „ze współczuciem”.
Ostatnie strony Śmiertelność przedstawiają fragmentaryczne bazgroły Hitcha z dni bezpośrednio poprzedzających jego śmierć, kończące się wzruszająco następującym stwierdzeniem:
Ze skomplikowanej powieści Alana Lightmana z 1993 roku Sny Einsteina; akcja rozgrywa się w Bernie w 1905 roku:
Z nieskończonym życiem wiąże się nieskończona lista krewnych. Dziadkowie nigdy nie umierają, podobnie jak pradziadkowie, prababcie… i tak dalej, przez pokolenia, wszyscy żyją i służą radą. Synowie nigdy nie uciekną z cienia swoich ojców. Ani córki swoich matek. Nikt nigdy nie przychodzi do siebie… Taka jest cena nieśmiertelności. Żadna osoba nie jest cała. Żaden człowiek nie jest wolny.
