
Każdy akt uczenia się jest aktem intelektualnego zawłaszczenia, włączając cudzą wiedzę do własnej mentalnej biblioteki. Każdy akt empatii jest aktem zawłaszczenia emocjonalnego, polegającym na modelowaniu rzeczywistości innej osoby na własną, aby ją zgłębić. Aby napisać te słowa, przywłaszczyłem sobie język angielski – nie mój ojczysty.
Tyrania naszych czasów polega na tym, że ponieważ bohater współczesnego mitu jest ofiarą, nasz katalog sposobów na zranienie urósł do niemożliwych do utrzymania rozmiarów. Arsenał możliwych przestępstw jest tak ogromny, że pozostajemy w stanie paraliżującej nadmiernej czujności, zawsze w defensywie, zawsze próbując zapobiec złożeniu skargi i uniknąć oskarżenia. Ponieważ trudno tworzyć z pozycji defensywnej, żaden region życia nie ucierpiał z tego powodu bardziej niż nasza sztuka — drżąc przed biczem kulturowego zawłaszczenia, artyści pozostają z coraz węższymi parametrami pozwolenia, dla kogo i co mogą sobie wyobrazić. Chyba zapomnieliśmy o tym słowie empatia sam w sobie ma nieco ponad sto lat, wynaleziony przez Rilkego i Rodina opisać twórczy akt rzutowania siebie na dzieło sztuki, które reprezentuje coś innego niż ty sam. Wydaje się, że zapomnieliśmy, że sztuka w najlepszym wydaniu nie jest lustrem, ale kalejdoskopem, rzucającym na ściany naszego życia tysiące odcieni doświadczeń, których nigdy nie moglibyśmy przeżyć. Będąc małą dziewczynką w górach Bułgarii na początku lat 90., nigdy nie dowiedziałabym się, jak to jest być małym chłopcem na preriach Ameryki Północnej na początku XX wieku, gdybym nie przeczytała powieści Niemki o ojcu i synu Lakotów. Być może nigdy nie dowiesz się, jak to jest być cierpliwą żoną syberyjskiego chłopa pańszczyźnianego, ale masz Dostojewskiego.
Zmartwiony tym tyrańskim paraliżem, Zady Smith oferuje antidotum o niezwykłej mocy i wzruszeniu w jednym z esejów zebranych w Martwy i żywy (biblioteka publiczna), zakotwiczony w uznaniu absurdu przekształcania tożsamości w wojnę, biorąc pod uwagę, jak zmienne jest „ja”, jak niestałe i jak bardzo mozaikowe jest to zjawisko. Ona pisze:
Zawsze zdawałam sobie sprawę, że mam niespójną osobowość. O tym, że wokół mojej głowy krążą sprzeczne głosy. Jako dziecko wstydziłem się tego. Inni ludzie wydawali się mieć silne poczucie własnej wartości, wiedzieć dokładnie, kim są. Nigdy taki nie byłem. Nigdy nie mogłem pozbyć się podejrzenia, że wszystko we mnie było konsekwencją serii nieprawdopodobnych wypadków – a wśród nich był wypadek, w którym doszło do moich narodzin, stosunek 400 bilionów do jednego. Z mojego punktu widzenia nawet moje najsilniejsze uczucia i przekonania mogłyby z łatwością wyglądać inaczej, gdybym był dzieckiem następnej rodziny z końca korytarza, dzieckiem innego stulecia, innego kraju, innego Boga.

Epoka po tym, jak Walt Whitman – osoba zupełnie do niej niepodobna pod względem wszystkich niewybranych zmiennych, które mylimy z osobowością – celebrował jego sprzeczne tłumy, ona uważa tworzenie własnego, zapożyczonego z życia innych, za rzeczywiste i wyimaginowane:
Rzadko wchodziłem do domu przyjaciela, nie zastanawiając się, jak by to było nigdy nie wychodzić. To znaczy, jak by to było być Polakiem, Ghańczykiem, Irlandczykiem czy Bengalczykiem, być bogatszym lub biedniejszym, odmawiać te modlitwy lub zajmować się polityką. Byłem podglądaczem zapewniającym równe szanse. Chciałem wiedzieć, jak to jest być każdym. Przede wszystkim zastanawiałem się, jak by to było wierzyć w rzeczy, w które nie wierzyłem… A to, co robiłem w życiu, robiłem z książkami. Żyłem w nich i czułem, że żyją we mnie. Poczułam się jak Jane Eyre, Celie, pan Biswas i David Copperfield. Nasze współrzędne autobiograficzne rzadko się pokrywały. Nigdy nie zdarzyło mi się, żeby przyjaciel umarł z powodu gruźlicy, został zgwałcony przez ojca, ani nie mieszkał w Trynidadzie, na Dalekim Południu ani w XIX wieku. Ale byłam smutna i zagubiona, czasem zdesperowana, często zdezorientowana. To właśnie na podstawie takich wątłych wskazówek emocjonalnych odkryłem, że czuję się z tymi wyimaginowanymi nieznajomymi: czułem się z nimi, dla nich, obok nich i przez nich, ekstrapolując z moich własnych emocji, które choć uderzająco drobne w porównaniu z wielkimi dramatami fikcji, wciąż miały z nimi pewien związek, jak wszystkie ludzkie uczucia. Głosy bohaterów dołączyły do szeregów wszystkich pozostałych głosów we mnie, służąc zamazaniu idei mojego „własnego głosu”. A może lepiej powiedzieć: nigdy nie wierzyłam, że mam głos całkowicie odrębny od wielu głosów, które słyszę, czytam i które przyswajam sobie na co dzień.

Ale jeśli celem sztuki jest zaoferowanie nam, według doskonałego wyrażenia Iris Murdoch, „okazja do wyrzeczenia się siebie”, w takim razie nie jest to wada, ale naturalna korzyść dla artysty, że ma tak nieograniczone „ja”, że jest tak bezkrytycznie ciekawy wnętrza innych żyć, nawet najodleglejszych zakątków możliwego doświadczenia. Oferuje alternatywę dla antagonistycznego modelu ciekawości interpersonalnej naszej kultury:
Czasem zastanawiam się, jak wyglądałyby nasze debaty na temat fikcji, gdyby naszym preferowanym werbalnym pojemnikiem na zjawisko pisania o innych nie było „zawłaszczenie kulturowe”, ale raczej „interpersonalne podglądactwo” lub „głęboka fascynacja innym”, a nawet „reanimacja międzynaskórkowa”? Nasze dyskusje nadal byłyby ożywione, a może nawet wściekłe, ale jestem pewien, że nie byłyby takie same. Czy nie jesteśmy trochę zbyt pasywni wobec odziedziczonych koncepcji? Pozwalamy im myśleć za nas i odgrywać rolę znaczników miejsca, gdy nie mamy ochoty myśleć… Naprawdę uważam, że zadaniem pisarza jest samodzielne myślenie, chociaż dla mnie to zadanie nie oznacza stałego stanu, ale ciągły proces: myślenie o wszystkim na nowo za każdym razem, w każdej nowej sytuacji. Wymaga to nie tylko odrobiny elastyczności umysłowej. Żadna pobożność kulturowa… nie powinna i nigdy nie może być całkowicie utrwalona lub chroniona przed prądami historii. Zawsze istnieje potencjał do radykalnych zmian.

Odwołując się do ponadczasowego wezwania Whitmana do „Przeanalizuj ponownie wszystko, co powiedziano ci w szkole, w kościele lub w jakiejkolwiek książce [and] odrzuć wszystko, co obraża twoją duszę” dodaje:
Pełne ujawnienie: tym, co obraża moją duszę, jest pogląd – popularny obecnie w kulturze i prezentowany w bardzo różnych stopniach złożoności – że możemy i powinniśmy pisać tylko o ludziach, którzy są zasadniczo „podobni” do nas: rasowo, seksualnie, genetycznie, narodowo, politycznie, osobiście. Że tylko intymny autorski związek autobiograficzny z postacią może być uzasadnioną podstawą fikcji. Nie wierzę w to. Gdybym to zrobił, nie napisałbym ani jednej ze swoich książek.
Cóż za piękne przypomnienie, że zaproszenie sztuki do wyobrażenia sobie, jak to jest być innym, jest właśnie tym, co pozwala nam odkryć zagłada i chwała tego, kim i czym jesteśmy. Cóż za cudowne naleganie, o wiele większe niż odwagę bycia sobą to odwaga bycia kimś więcej niż sobą, odwaga, aby o tym pamiętać, ale między tobą a nie-tobą zapada cienka zasłona utkana z przypadkowych zdarzeń, sięgająca aż do Wielkiego Wybuchu, zasłona, którą znaleźliśmy sposób na rozstanie się – literatura – aby złagodzić fundamentalną samotność, izolację i zwykłą nudę siebie.
