
Kiedyś Toni Morrison ubolewał że ludzi uczono myśleć o książce jako o lustrze, podczas gdy powinna ona być drzwiami. Każde wielkie opowiadanie historii – czy to powieść, czy wiersz, film czy piosenka – oczarowuje nas właśnie dlatego, że otwiera drzwi do świata wyraźnie innego niż nasz, którego sama odmienność rozjaśnia nasz, przywraca nas do niego powiększonego i wyżartego. Potrafić taki świat zbudować, uczynić go wiarygodnym i urzekającym, dokonać skoków otchłań, która otwiera się pomiędzy jedną świadomością a każdą innąnarrator musi czerpać z ogromnej biblioteki doświadczeń i wrażeń z nieskończonego spektrum życiowych możliwości – tych elementów, z których tworzymy kombinatoryczne dzieło, które nazywamy kreatywnością.

Na długo przed tym, jak nakreślił to poetycki neurolog Oliver Sacks trzy istotne elementy kreatywnościlaureat Nagrody Nobla Eliasa Canettiego pięknie to ujął w swoim fragmencie niezwykła medytacja nad śmiertelnościąprzepisując „bardzo niezbędne kwalifikacje” wielkiego perskiego gawędziarza z nienazwanej książki, którą czytał:
Oprócz tego, że przeczytał wszystkie znane książki o miłości i bohaterstwie, opowiadacz musiał wiele wycierpieć z powodu miłości, stracić ukochaną, wypić dużo dobrego wina, płakał wraz z wieloma w smutku, często patrzył na śmierć i wiele się nauczył o ptakach i zwierzętach. On musi też umieć w mgnieniu oka zamienić się w żebraka lub kalifa.
Pokolenie przed nim, Rainera Marii Rilke zaproponował podobny recepta na kreatywność do młodzieńca z prośbą o radę, jak zostać poetą:
Dla kilku linijek trzeba zobaczyć wiele miast, ludzi i rzeczy. Trzeba znać zwierzęta, trzeba czuć, jak latają ptaki i znać gest, którym o poranku otwierają się małe kwiatki. Trzeba umieć myśleć o drogach w nieznanych rejonach, o nieoczekiwanych spotkaniach i rozstaniach, których od dawna oczekiwano; do niewyjaśnionych do dziś dni dzieciństwa, do rodziców, których trzeba było zaboleć, gdy przynosili radość, a ktoś jej nie rozumiał (dla kogoś innego była to radość); do choroby dziecięcej, która tak dziwnie zaczęła się od szeregu głębokich i poważnych przemian, do dni spędzonych w odosobnionych i cichych pokojach, do poranków nad morzem, do samego morza, do mórz, do nocy podróży, które pędziły wysoko i leciały ze wszystkimi gwiazdami – a to jeszcze nie wystarczy, jeśli pomyśli się o tym wszystkim. Trzeba mieć wspomnienia wielu nocy miłosnych, z których żadna nie była podobna do pozostałych, krzyków rodzących kobiet i jasnych, białych, śpiących kobiet w połogu, ponownie zamykających się. Ale trzeba było też być obok umierających, trzeba było siedzieć obok zmarłych w pokoju z otwartym oknem i niespokojnymi hałasami.

Inna epoka wcześniejsza, Walta Whitmana jeszcze bardziej destylował te wieczne prawdy. Pod nagłówkiem „Prawa stworzenia”, adresowany do „silnych artystów i liderów… młodych pedagogów… i przyszłych muzyków” – uważa za elementarny materiał pracy twórczej:
Wszyscy muszą mieć odniesienie do całości świata i zwartej prawdy świata.
Niezależnie od tego, czy słów jest niewiele, czy wiele, praktycznych czy poetyckich, ze wszystkich emanuje ta sama fundamentalna prawda o naturze kreatywności, wymagająca tych samych podstawowych kwalifikacji: nieoceniającej ciekawości, empatycznej wyobraźni i chęci życia nie bez skazy, ale w pełni.