
Zawsze wierzyłem w los. Los w tym sensie, że Bóg przeznaczył ludziom wzajemne spotkanie, planuje, aby sytuacje potoczyły się tak, jak się mają, a nasze decyzje, choć nasze i zależne od naszej wolnej woli, potoczyły się zgodnie z zamierzeniami. Dzieje się według Jego planu.
Wierzę, że co ma być, po prostu jest.
I że wszystko, co spotykamy i wszyscy, których spotykamy, spotykamy na swojej drodze nie bez powodu.

Może to polegać na nauczaniu, rzucaniu wyzwania naszej wierze, wzmacnianiu. Może to pomóc nam docenić nasze życie lub nasze przyjaźnie, albo nauczyć się oddalać się od tych, którzy nie są dla nas dobrzy. Może pokazać nam zepsucie świata lub piękno.
Te sytuacje, które spotykamy, ci ludzie, przed którymi otwieramy swoje życie – to lekcje, to błogosławieństwa.
I tak, kiedy myślę o nas dwojgu, myślę o naszych ścieżkach skrzyżowanych w odpowiednim momencie, myślę o tym, jak dziwne i cudowne jest to, że się w sobie zakochaliśmy. Że Bóg stworzył nas dwoje, tak wadliwych i skomplikowanych, i zszył sznurki naszego życia w tym konkretnym momencie.
Bóg dostrzegł w nas coś, czego my w sobie nie dostrzegaliśmy. Aby nasze słabości, nasze pełne lęku dusze i czułe serca znalazły sobie nawzajem domy.
Sami podejmowaliśmy decyzje – gdzie pójdziemy na studia, w co się ubierzemy w ten konkretny czwartkowy wieczór, co powiemy, wymieniając uśmiechy przy zatłoczonym stole – i wszystko było zgodnie z Jego zamierzeniami.
Patrzył, jak zapadają nasze decyzje, zgodnie z tym, co wiedział od początku – że nasze oczy się spotkają, że wybuchnie nasz śmiech, że pomimo przeciwności losu i zniszczonego sposobu, w jaki świat kocha, znajdziemy w sobie coś, za czym warto podążać.
Wiedział, że będziemy się kochać. I wiedział, że wzajemna miłość rozpali nas oboje.
Widział miesiące błogości, delikatny sposób, w jaki się całowaliśmy, sposób, w jaki krzyczeliśmy z ognistą pasją i sposób, w jaki czuliśmy się tak głęboko, nawet katastrofalnie. Nawet do punktu naszej zagłady.
Widział, kim się staniemy, zanim to zrobiliśmy.
I On w dalszym ciągu widzi to, czego nie możemy – dokąd pójdziemy.
Kiedy o nas myślę, myślę o tym, jak przypadkiem wpadliśmy na siebie w życiu. Ale wiem, że to nie był przypadek. Znaleźliśmy się, bo tak miało się stać. Miałem zakochać się w tobie, a ty we mnie. Mieliśmy być kimkolwiek byliśmy, kimkolwiek jesteśmy.
Ale wtedy wiem, że muszę jeszcze raz zwrócić się do Boga.

Bo nie wiem.
Nie wiem, czy dotarliśmy do końca. Jeśli staliśmy się dla siebie nawzajem błogosławieństwem, lekcjami i miłością, które będziemy nosić na zawsze. Nie wiem, czy to właśnie chciałam zrozumieć – że ludzie nie zawsze zostają, że nie mogą, bo ich życie musi toczyć się w różnych kierunkach, w przeciwnych kierunkach.
Nie wiem, czy mam odejść i być wdzięcznym za to, co było, czy też uwierzyć, że miłość to coś, co nigdy nie gaśnie, nawet po miesiącach i latach.
Nie potrafię odpowiedzieć na te pytania. Kimkolwiek więc się staniemy, pozostawiam to Bogu.
Oddaję Mu moje zmartwienia i wątpliwości, frustracje i niepewność. Oddaję Mu te części siebie, które są załamane i pełne strachu. Oddaję Mu całą miłość, którą w nas wlałem, a nawet więcej.
Zostawiam nas Jemu. Składam naszą przyszłość w Jego ręce.
Kimkolwiek się staniemy, niezależnie od zmian i okoliczności w naszym życiu, ufam Bogu, że doprowadzi mnie tam, gdzie powinienem się znaleźć. Doprowadź nas tam, gdzie powinniśmy być, razem lub osobno.
Zawsze wierzyłem w los. To los, Jego plan sprawił, że się odnaleźliśmy.
I to będzie przez ten los, ten plan, jeśli odkryjemy się ponownie.
