
Światło zawsze tam było — nasza gwiazda jest o sto milionów lat starsza od naszej planety — ale uczyła się je widzieć, okiełznać i przekształcać, co uczyniło tę skalistą planetę żywym światem: fotoreceptory przekształcające światło słoneczne w cukier, aby zazielenić Ziemię, oczy współewoluując ze świadomością aby dać nam książki i piękno i niebieski.

W najmniejszej codziennej skali naszego maleńkiego, przemijającego życia, nasze doświadczenie życia wciąż zależy od tego, jak postrzegamy światło świata i jak załamujemy je przez soczewkę umysłu.
Światło wschodu słońca przepływające przez szeleszczące liście klonu rzuca tańczący płomień na podłogę w kuchni.
Świecące źdźbło trawy podświetlone światłem późnego poranka.
Światło zachodu słońca na uśmiechniętej twarzy osoby, której jeszcze nie znasz, a znasz, stanie się Twoim kochankiem.
Dziesięć tysięcy migoczących świateł, które widzisz, gdy lądujesz w domu, a każde z nich to ludzkie życie, nieświadome i niepodzielne od wszystkich innych.

W połowie lirycznego zapisu jej pionierska wyprawa na Labrador, Minę Hubbard (15 kwietnia 1870 – 4 maja 1956) przechodzi w coś, co najlepiej można określić jako po części prozę oddającą cześć światłu, po części modlitwę o sposób widzenia, który nigdy nie traci go z oczu:
Czasami pod wieczór w ponury listopad, kiedy chmury wiszą ciężkie i nisko, zakrywając całe niebo, wzgórza są uroczyste i ponure, a wiatr zimny, a jezioro czarne i ponure, przerwa w ciemnej zasłonie przepuszcza promyk wspaniałego słońca. Jest tak piękny, gdy zapada w mrok, że zapiera dech w piersiach i ogląda się go z dreszczykiem emocji. Wtedy widzisz, że porusza się w twoją stronę. Nagle jesteś w środku, opada wokół ciebie i zdaje się, że się zatrzymał, jakby chciał pozostać z tobą i nie iść dalej. Podczas gdy rozkoszujesz się tym cudownym światłem, które przestało cię otaczać, nagle nie pada już wokół ciebie i widzisz, jak ponownie porusza się równomiernie, ponad bagnami z otaczającymi je wiecznie zielonymi roślinami, dotykając pięknem każdego miejsca, na które pada, dalej w górę doliny, niezachwianie, bez przerwy, aż wstrzymujesz oddech, gdy zaczyna wspinać się po wzgórzach dalej. To zniknęło. Niebieskie dymne chmury wiszą niżej i ciężej, wzgórza są bardziej ponure i ponure, wiatr jest zimny, jezioro ciemniejsze i bardziej ponure, a piękno zniknęło z bagien. Potem — wtedy jest noc. Ale nie zapominacie o Świetle. Wiesz, że wciąż gdzieś świeci.
Para ze ślepym bohaterem francuskiego ruchu oporu jak żyć w świetlea następnie wróć do Olivera Sacksa jak miłość ozłoci światło życia.