
W każdym życiu przychodzi taki moment, kiedy nagle zaczynasz się zastanawiać nad celem tego wszystkiego – celem całej tej produktywności, punktem tak zwanego sukcesu, celem wiersza, którym jest wszechświat. Jest to wydrążenie, więdnięcie, przytępienie ducha, które może się objawiać jako wypalenie Lub blok twórczyjako załamanie lub kryzys wieku średniegolub po prostu utrzymujący się hałas o niskiej częstotliwości rozpacz.
Często jest to następstwem jakiegoś wielkiego osiągnięcia.
Często to uderza o 4 rano.
Zawsze musisz po prostu przetrwać, dopóki nie spojrzysz wstecz i nie rozpoznasz tego jako istotnego okresu ponownej kalibracji i regeneracji – ugoru dla ponownego zdziczenia twojego ducha.

W 1995 roku, wkrótce po ukazaniu się dużej retrospektywy jego twórczości, Briana Eno uderzył w ten punkt bezsensu. W poruszającym wpisie z Rok z opuchniętymi wyrostkami: Dziennik Briana Eno (biblioteka publiczna), pisze:
Po kilku miesiącach pracy powoli dochodzę do siebie i wszystko zaczyna przypominać „moją pracę”. Robię to i pewnie nie robię tego aż tak źle, ale przyłapuję się na tym, że pracuję wyłącznie pod wpływem pędu terminów i zobowiązań, jak gdyby pomysły nie pojawiały się, ale były boleśnie wypychane. Z tyłu głowy, choć nie przyznaję się do tego, krążą w ciemności jakieś paskudne myśli. Szepczą rzeczy w stylu: „Masz dość” i „Skończyła ci się para”.
Doświadczenie pokazało mi, że kiedy dojdę do tego punktu, wszystkie rozpraszacze, na jakie mogę się zdobyć, będą jedynie odroczeniem. Czas stawić czoła całkowitej, niepohamowanej rozpaczy.
Czasami tak robię, jadąc samotnie na „wakacje” – chociaż to słowo ledwo oddaje związaną z tym potworną nudę, bo zazwyczaj wybieram miejsce spokojne, nic ze sobą nie zabieram, a potem zdaję się na grozę własnego towarzystwa, która szybko doprowadza mnie na skraj otchłani.

Jedna rzecz, którą doświadczenie pokazuje nam nieustannie, jeśli poświęcimy wystarczająco dużo uwagi, to to, że wyjściem z takiego cierpienia, z otchłani zamartwiania się o siebie, jest nasz ważny projektjest zawsze bezinteresowny. Eno opisuje cykl:
To wygląda tak: myślę sobie: „Po co to wszystko?/ Po co to do cholery?/ Nie zrobiłem nic, co by mi się podobało i nie mam pojęcia, co dalej robić/ Jestem zupełnie pustą skorupą”. Trwa to mniej więcej dwa dni… Potem nagle zauważam – w przypadku czegoś bardzo drobnego, na przykład sposobu, w jaki samolot przecina niebo, zapachu drzew, światła wczesnym wieczorem lub przypomnienia sobie jednego z dowcipów mojego brata – że całkowicie dobrze się bawię i całkowicie, całkowicie cieszę się, że żyję. Żadne z pytań, które sobie zadałem, nie zostało udzielone. Zamiast tego, jak wszystkie dobre pytania filozoficzne, one po prostu przestały mieć znaczenie.

Pod koniec roku Eno była pionierką muzyki generatywnej i udała się do rozdartej wojną Bośni, za granicę, gdzie dorastałam, aby prowadzić warsztaty muzykoterapii dla osieroconych dzieci na terenie ostrzelanej szkoły podstawowej.
Pół wieku wcześniej, podróżując przez te same niespokojne ziemie w przerwie między dwiema wojnami światowymi, Rebecca West napisał:
Sztuka nie jest zabawką, ale koniecznością, a jej istota, forma, nie jest ozdobną regulacją, ale kielichem, do którego można nalać życia, podnieść je do ust i skosztować.
W końcu to smak żywotności nas ratuje. Musimy jednak podjąć decyzję o podniesieniu pucharu, a może nawet będziemy musieli to zrobić. Zaobserwowało to pokolenie po Albercie Camusie „nie ma miłości do życia bez rozpaczy nad życiem” Eno uchwycił wskrzeszenie twórczego ducha – tę przerażającą, transcendentną przemianę rozpaczy w obrona radości:
Proces ten polega na dotarciu do punktu, w którym nie próbuję już kopać w środku, ale po prostu odpuszczam, tracę kontrolę… I w momencie poddania się nagle znów ożywam. To jakby z rezygnacją skoczyć w otchłań i odkryć, że można po prostu marzycielsko dryfować na prądach powietrza.
[…]
To uczucie czystej, szalonej radości ze świata jest ponadczasowe. To świeży, czysty strumień na dnie otchłani.
