
Mary Oliwier (10 września 1935 – 17 stycznia 2019) to jeden z najbardziej lubianych i płodnych poetów naszej epoki — mędrzec mądrość w sztuce poetyckiej i a mistrz swojej magii; kobieta jak nie boi się być dowcipna, tak jak ma być mądra. Przez ponad czterdzieści lat Oliver mieszkała w Cape Cod z miłością swojego życia, niezwykłą fotografką Molly Malone Cook — jedną z pierwszych fotografek zatrudnionych w firmie Głos wsiz takimi bohaterami jak Walker Evans i Eleanor Roosevelt, a także wizjonerska galeryjka, która otworzyła pierwszą galerię fotografii na wschodnim wybrzeżu, wystawiała takie ikony jak Ansel Adams i Berenice Abbott i rozpoznawała wschodzące talenty, takie jak William Clift. (Była także właścicielką księgarni, do której uczęszczał Norman Mailer, a czasami zatrudniał ją filmowiec John Waters).

Kiedy Cook zmarł w 2005 roku w wieku osiemdziesięciu lat, Oliver szukał światła, choćby słabego, które przebiłoby się przez gęstą żałobę. Przez rok przeglądała tysiące zdjęć swojego małżonka i niezadrukowanych negatywów, głównie z okresu, kiedy się poznali, a następnie Oliver umieściła je we własnych refleksjach, aby ożywić je. Nasz świat (biblioteka publiczna) — po części wspomnienia, po części głęboko poruszająca pochwała zmarłej bratniej duszy, po części celebracja ich wzajemnej miłości poprzez indywidualną, twórczą miłość. Ujęte w poezji i prozie Olivera zdjęcia Cooka ukazują intymny wątek, który połączył te dwie niezwykłe kobiety – wspólne poczucie głębokiej żywotności i uwagi wobec świata, oddanie ukazaniu tego, co niewidzialne w życiu, a przede wszystkim głęboka życzliwość wobec wszystkiego, co istnieje, wewnątrz i na zewnątrz.
Oliver — która w większości swoich pism nazywa Cooka po prostu M. — zastanawia się w eseju otwierającym:
Choć znasz kogoś od ponad czterdziestu lat, choć z nim pracowałeś i mieszkałeś, nie wiesz wszystkiego. Nie wiem wszystkiego — ale kilka rzeczy, które opowiem. M. miał wolę i rozum i chyba za dużo empatii dla innych; była szybka w mowie i nie znosiła głupców. Kiedy ją znałeś, była bezwarunkowo miła. Ale także, jak powiedział nasz przyjaciel, biskup Tom Shaw podczas jej nabożeństwa żałobnego, trzeba było wykazać się odwagą, aby ją poznać.
[…]
Była stylem i była starą samotnością, której nic nie było w stanie całkowicie wymazać; Miała ogromną wiedzę o ludziach, książkach, emocjach umysłu i serca. Czasami żyła w czarnej skrzynce wspomnień i pytań bez odpowiedzi, a potem wychodziła i igrała – była zadziorna i odważna.

Oliver pisze o romansie Cooka pod koniec lat pięćdziesiątych, na krótko przed ich spotkaniem:
Miała… romans, który głęboko uderzył; Wierzę, że kochała całkowicie i była kochana całkowicie. Wiem o tym i cieszę się… Ta miłość i wynikająca z niej pustka jej zakończenia, ją odmieniły. W wyniku takich wydarzeń zawsze jesteśmy zmienieni – niekoniecznie źle, ale zmienieni. Kto tego nie wie, ten nie wie zbyt wiele.
W następnym roku Cook poznał Olivera i pozostali razem, nierozłączni, przez ponad czterdzieści lat. To spotkanie — które przywołuje na myśl pamiętne pierwsze spotkania, podczas których doszło do tak kultowych par literackich jak Gertrude Stein i Alice B. Toklas Lub Sylvii Plath i Teda Hughesa – miało miejsce w Steepletop, domu Edna St. Louis Vincent Millygdzie Oliver wylądowała dzień po ukończeniu przez nią szkoły średniej w wieku siedemnastu lat i pozostał przez kilka lat.

Pewnego wieczoru w 1959 roku, kiedy Oliver miał dwadzieścia cztery lata, a Cook trzydzieści cztery, młody poeta wrócił do domu i zastał fotografa siedzącego przy kuchennym stole z przyjacielem. Opisuje ich spotkanie ze swoją charakterystyczną elegancją odkrywania przyziemności i ukazywania tego, co doniosłe:
Rzuciłem jedno spojrzenie i upadłem, hak i upadek. M. spojrzała na mnie i założyła ciemne okulary z wyraźną dozą rezerwy. Zaprzeczała temu aż do śmierci, ale to była prawda.
Czy to nie cudowne, że świat traktuje zarówno to, co głębokie, jak i to, co nieoczekiwanie wesołe?

Okazało się, że Oliver i Cook na co dzień poza Steepletop mieszkali po drugiej stronie ulicy w nowojorskiej East Village. Zaczęli się więc widywać „krok po kroku” i tak zaczęła się ich wielka historia miłosna.

Być może jednak największym darem ich związku był sposób, w jaki kształtowali swój sposób widzenia świata i bycia w nim – wzajemnie uszlachetniający dialog pomiędzy ich dwiema zdolnościami do obecności:
W odniesieniu do moich własnych pism często zwracano uwagę, że kładę nacisk na pojęcie uwagi. Zaczęło się dość prosto: zobaczyć, że sposób, w jaki lata migotanie, znacznie różni się od sposobu, w jaki jaskółka bawi się w złotym letnim powietrzu. Miło mi było zauważyć takie rzeczy, to był dobry pierwszy krok. Ale później obserwowanie M. podczas robienia zdjęć i obserwowanie jej w ciemni, a nie mniej obserwowanie intensywności i otwartości, z jaką radziła sobie z przyjaciółmi, ale i nieznajomymi, nauczyło mnie, na czym polega prawdziwa uwaga. Uwaga bez uczuć, zacząłem się uczyć, jest tylko raportem. Otwartość — empatia — była konieczna, jeśli uwaga miała być skupiona. Takiej otwartości i empatii, jaką M. miał pod dostatkiem i którą swobodnie rozdawała… Miałem około dwudziestu i trzydziestu lat i byłem dobrze przepełniony poczuciem własnych myśli, własnej obecności. Pragnąłem zwrócić się do świata słów — zwrócić się do świata słowami. Następnie M. zaszczepił we mnie głębszy poziom patrzenia i pracy, widzenia poprzez niebiańskie widzialne rzeczy do niebiańskich niewidzialnych. Myślę o tym zawsze, gdy patrzę na jej zdjęcia, obrazy witalności, nadziei, wytrzymałości, życzliwości, wrażliwości… Każda z nas miała inną naturę; jednak nasze idee i nasz wzajemny wpływ stały się bogatym i trwałym zbiegiem.
[…]
Nie sądzę, że popełniłem błąd, znajdując się w świecie, w którym się znajdowałem, to było moje wybawienie z mojej własnej ciemności. Nigdy też tego nie porzuciłem – tych wczesnych znaków, które z pewnością prowadzą do objawień. A jednak, a jednak chciała, żebym pełniej wkroczył w ludzki świat i objął go, tak jak sądzę, że to zrobiłem. I co za prezent [that she] nigdy nie wyrażałem zniecierpliwienia moimi raportami o świecie przyrody, niebieskim i zielonym szczęściu, które tam znalazłem. Nasza miłość była taka ciasna.

Utrata miłości własnego życia to coś, czego niewielu odważyło się przeżyć publicznie – najbardziej zapadająca w pamięć taka odwaga Joan Didion — ale Oliver wnosi w ciemność śmierci swój znajomy dotyk ośmielającego światła:
Kres życia ma swoją specyfikę, na którą również warto zwrócić uwagę. Nie mówię tego bez uwzględnienia smutku, zmartwień i wielu upadków. Ale z pewnością wtedy charakter człowieka jaśnieje lub przyćmiewa.
Oliver kończy zapierającym dech w piersiach wierszem prozatorskim, który zatacza pełne koło jej początkowe refleksje na temat tego, że nigdy nie poznamy w pełni nawet tych najbliższych nam osób – piękny testament tego, co napisała kiedyś inna mądra kobieta: “Nigdy nie możesz poznać nikogo tak całkowicie, jak chcesz. Ale nie ma w tym nic złego, miłość jest lepsza.”
Gwizdek
Nagle zaczęła gwizdać. Nagle
Mam na myśli to, że przez ponad trzydzieści lat tego nie robiła
gwizdnął. To było ekscytujące. Na początku zastanawiałem się, kto to był
w domu, jaki obcy? Czytałem na górze i
była na dole. Jak z gardła dzikiego i
wesoły ptak, nie złapany, ale odwiedzający, brzmi wojowniczo-
krwawił, ślizgał się, zawracał, skakał i wzbijał się w powietrze.W końcu zapytałem: Czy to ty? Czy to ty gwiżdżesz? Tak, ona
powiedział. Dawno, dawno temu gwizdałem. Teraz widzę, że mogę
nadal gwiżdże. I takt za rytmem szła
po domu, gwiżdżąc.Myślę, że znam ją bardzo dobrze. pomyślałem. Łokieć i-
kle. Nastrój i pożądanie. Tęsknota i igraszki. Gniew też.
I nabożeństwa. I od tego wszystkiego w ogóle zaczynamy
poznać się? Kim jest ten, z którym mieszkam
przez trzydzieści lat?Ten jasny, ciemny, piękny gwizdek?

Nasz świat to wzniosła lektura w całości – taka, która wchodzi do duszy jak głęboki oddech i pozostaje tam jako wieczny wydech. Uzupełnij go Oliverem jak rytm osładza życie i ona piękna lektura jej wiersza „Dzikie gęsi”.