
„Nie ma miłości do życia bez rozpaczy nad życiem” – Albert Camus napisał między dwiema wojnami światowymi. Istnieje wiele rodzajów rozpaczy – prywatna rozpacz wynikająca ze złego stanu zdrowia i złamanego serca, publiczna rozpacz, którą nazywamy polityką, egzystencjalna rozpacz związana z znoszeniem naszej przemijania i naszej całkowitej nieistotności dla życia kosmosu.
Jesienią 1978 r. Audrey Lorde (18 lutego 1934 r. – 17 listopada 1992 r.) stanęła twarzą w twarz z kilkoma gatunkami na raz, gdy ponura diagnoza najpierw została przerwana, a następnie wzmocniła jej pracę jako jednego z najbardziej osobistych, a jednocześnie mających największe znaczenie polityczne głosów minionego stulecia. „Najkrótsze określenie filozofii, jakie znam, to moje życie, czyli słowo «ja»” – miała pisemny w kwiecie wieku, w rozkwicie zdrowia. Teraz doskonaliła swoją filozofię na krawędzi swojej śmiertelności.
„Wiosna nadchodzi, a ja wciąż czuję rozpacz jak bladą chmurę, która czeka, żeby mnie pożreć” – pisze na początku tego, co stało się Czasopisma o raku (biblioteka publiczna) — wysiłek Lorde, niezwykle udany, „aby szczerze i precyzyjnie nadać formę bólowi, pracy wiary i miłości, które ten okres mojego życia przełożył się na siłę”. Jednakże, jak każde tłumaczenie, było to zadanie wymagające, twórcze, wymagające nauczenia się nowego języka bycia na tyle dobrze, aby móc przekazać przez niego poezję życia.

Zaczyna się od jąkania niezrozumienia, które następuje po każdym szoku egzystencjalnym: stwierdza, że „obecnie nie czuje zbyt wiele nadziei, jeśli chodzi o bycie sobą czy cokolwiek innego”. Wkrótce jednak odkrywa, że jedynym wyjściem z tej „stopionej rozpaczy” jest droga przez nią.
W zgodzie z poetą May Sarton ciężko zdobyty uparcie, że „czasami trzeba po prostu przetrwać okres depresji ze względu na to, co może nieść ze sobą oświecenie, jeśli można je przeżyć, zwracając uwagę na to, co obnaża lub czego wymaga”; Lorde zaczyna widzieć, jak to jest właśnie, pozwalając na rozpacz, którą może sięgnąć poza nią:
Jeśli mogę bez wzdrygnięcia spojrzeć bezpośrednio na swoje życie i śmierć, wiem, że już nic nie mogą mi zrobić. Muszę zadowolić się widokiem, jak naprawdę niewiele mogę zrobić, a mimo to robić to z otwartym sercem… Muszę pozwolić, aby ten ból przepłynął przeze mnie i przeszedł dalej. Jeśli będę się opierać lub spróbuję to powstrzymać, wybuchnie we mnie, roztrzaska mnie, rozpryskuje moje kawałki na każdą ścianę i każdą osobę, której dotknę.

Po drodze, pochłonięta pisaniem, próbując utrzymać się przy życiu, drży z pytaniem, które dręczy każdego artystę: „Po co ta cała praca?” Ale potem, po skończeniu powieści, spogląda wstecz i widzi, że było to dla niej ratunek. W zdecydowanie najbardziej zwięzłym i precyzyjnym manifeście dla tych z nas, którzy opisują swoje miłości i straty na piśmie – lub robią cokolwiek, co świat uważa za swoją pracę – zastanawia się:
Nie muszę wygrywać, żeby mieć pewność, że moje marzenia są słuszne, wystarczy, że wierzę w proces, którego jestem częścią. Moja praca utrzymała mnie przy życiu przez ostatni rok, moja praca i miłość do kobiet. Są od siebie nierozłączni. W uznaniu istnienia miłości leży odpowiedź na rozpacz. Praca jest uznaniem nadanego głosu i imienia.
Kalibrując swoje osobiste cierpienie z „ogromem naszego zadania, aby odwrócić świat” i dochodząc do wniosku, że rozpacz „oznacza zniszczenie”, pozwala jej na rozpacz – to znaczy ją czuje – a następnie ją odrzuca – to znaczy nie chce z niej działać, żyć w niej:
Jak walczyć z rozpaczą zrodzoną ze strachu, złości i bezsilności, która jest moim największym wrogiem wewnętrznym? Odkryłem, że walka z rozpaczą nie oznacza zamykania oczu na ogrom zadań związanych z wprowadzaniem zmian ani ignorowania siły i barbarzyństwa sił sprzymierzonych przeciwko nam. Oznacza to nauczanie, przetrwanie i walkę z najważniejszym zasobem, jaki posiadam, czyli sobą, oraz czerpanie radości z tej bitwy. Oznacza to dla mnie rozpoznanie wroga na zewnątrz i wroga wewnątrz oraz świadomość, że moja praca jest częścią kontinuum pracy kobiet, mającej na celu odzyskanie tej ziemi i naszej mocy, oraz świadomość, że ta praca nie rozpoczęła się wraz z moimi narodzinami ani nie zakończy się wraz z moją śmiercią. A to oznacza świadomość, że w tym kontinuum moje życie, moja miłość i moja praca mają szczególną moc i znaczenie… Oznacza to łowienie pstrągów na rzece Missisquoi o świcie i degustację zielonej ciszy oraz świadomość, że to piękno także będzie moje na zawsze.
