Wzruszająca relacja Thoreau z 24 godzin z małą sową – Marginalista

Wzruszająca relacja Thoreau z 24 godzin z małą sową – Marginalista
Wzruszająca relacja Thoreau z 24 godzin z małą sową – Marginalista

Najbardziej cenię w nauce sposób, w jaki wzbudza ciekawość. Prawdziwa ciekawość to otwarte zdziwienie się tym, czym coś jest i jak działa, bez emocjonalnego przywiązania do wyników obserwacji i eksperymentu. Tylko wtedy, gdy porzucimy przywiązanie emocjonalne, możemy naprawdę uwolnić się od osądu, ponieważ wszelki osąd jest uczuciem – zwykle jakimś rodzajem strachu – udającym myśl. A kiedy osądzamy, nie możemy zrozumieć. Prawdziwa ciekawość jest zatem formą miłości, ponieważ – jak to jasno i przejmująco ujął to wielki nauczyciel zen Thich Nhat Hanh: „Zrozumienie to drugie imię miłości”.

Niewiele było ciekawszych i bardziej kochających obserwatorów tego świata niż Henry’ego Davida Thoreau (12 lipca 1817 – 6 maja 1862). „Życie! Kto wie, czym jest i co robi?” – wykrzyknął na łamach jego dziennik — być może książka w mojej bibliotece najbogatsza w zaznaczenia i marginalia — czuły zapis pragnienia Thoreau, by zrozumieć naturę i działanie życia we wszystkich jego fizycznych i psychicznych przejawach, nie jako naukowiec, ale jako poeta. „Każdy poeta drżał na granicy nauki” – przyznał, czytając książki ornitologiczne, aby pogłębić szacunek dla obserwowanych ptaków, a przecież obserwował je oczami poety, ożywiany przekonaniem, że „stosunek poety do swojego tematu jest stosunkiem kochanków”.

Ponieważ ciekawość jest najwyższym aktem wyrzeczenia się siebie, jest najtrudniejsza i najbardziej satysfakcjonująca, gdy jest skierowana na to, co najbardziej do nas niepodobne – jak Thoreau w swoim dzienniku opisuje szczególne spotkanie z jesieni 1855 roku.

Pewnego „surowego i wietrznego” październikowego popołudnia, wiosłując w dół strumienia pod zachmurzonym niebem, Thoreau widzi małą piskliwą sowę siedzącą po zawietrznej stronie trzymetrowego pnia cykuty i patrzącą na niego „wielkimi, poważnymi oczami” i wzniesionymi rogami. Epoka, zanim nauka zaczęła wyjaśniać tajemnice jak to jest być sowązachwyca się tym stworzeniem tak głęboko innym:

Siedzi z pochyloną głową i patrzy na mnie, a jego oczy są częściowo otwarte, jakieś dwadzieścia stóp ode mnie. Kiedy słyszy mój ruch, odwraca głowę w moją stronę, może ma tylko jedno oko otwarte i wielką, błyszczącą złotą tęczówkę. Widzisz dwie białawe trójkątne linie nad oczami spotykające się na dziobie, z ostrym czerwonawo-brązowym trójkątem pomiędzy nimi i wąską zakrzywioną czarną linią pod każdym okiem…. Można powiedzieć, że był to ptak bez szyi. Jego krótki dziób, który opiera się na piersi, prawie w ogóle nie wystaje, ale w stanie spoczynku cała górna część ptaka od strony skrzydeł jest gładko zaokrąglona, ​​z wyjątkiem rogów, które są wyraźnie wzniesione lub odchylone do tyłu.

Grafika autorstwa JooHee Yoon z Bestiarski werset

Po dziesięciu minutach obserwacji ptaka, oszołomiony jego dziwnością, Thoreau decyduje, że musi bliżej przyjrzeć się stworzeniu, aby lepiej zrozumieć jego umwelt. Ląduje łódką i ostrożnie kieruje się do cykuty od nawietrznej strony, zaskoczony, że jego podejście nie przeszkadza sowie. W przeciwieństwie do ornitologów swoich czasów, którzy zabijali, aby poznać i redukowali żyjące gatunki do „okazów” – nawet Audubon, mimo całej swojej czułości, strzelał do każdego narysowanego i opisanego przez siebie ptaka – Thoreau postanawia schwytać żywego ptaka. („Jeśli chcesz poznać tajemnice Natury, musisz wykazać się większym człowieczeństwem niż inni” – pisze w innym wpisie do dziennika). Zakradając się za cykutę, wyciąga rękę, by delikatnie chwycić małą sowę, która jest tak zaskoczona, że ​​nie stawia ona żadnego oporu, a jedynie patrzy na nią „w niemym zdumieniu oczami wielkimi jak spodki”. Owija go w chusteczkę, kładzie na dnie łodzi i wiosłuje do domu, gdzie buduje małą klatkę do obserwacji. Zadziwia go pozornie pozbawiona szyi sowa, wydymająca pióra i wyciągając szyję, powoli obracając głowę w charakterystyczny dla sowy sposób. Próbuje naśladować jego syk „poprzez gardłowe jęknięcie”. Podaje rękę, do której ptak przylega tak mocno, że aż mu krew leci z palców. Przygląda się jego „przysadzistej sylwetce” i „kociej” twarzy oraz delikatnemu, białemu puchowi pokrywającemu jego nogi aż do ostrych szponów.

Kiedy zapada zmrok, siada, aby zapisywać swoje obserwacje i sam staje się obiektem obserwacji, a sowa patrzy na niego swoimi ogromnymi oczami, uważnie i całkowicie nieruchomo. Thoreau pisze:

Opuszczał głowę, wyciągał szyję i pochylając się na boki, spoglądał na ciebie z śmieszną ostrożnością; z boku na bok, jakby chciał złapać lub wchłonąć w swoje oczy każdy promień światła, wytęża wzrok z samozadowoleniem, ale poważnym spojrzeniem. Podnosi i opuszcza głowę i porusza nią z boku na bok w sposób powolny i regularny, jednocześnie może zręcznie trzaskając dziobem, lekko sycząc i nadymając się coraz bardziej – jak kot, jak żółw, zarówno w syczeniu, jak i puchnięciu. Powolność i powaga, żeby nie powiedzieć powaga tego ruchu są uderzające.

[…]

Siedział, nie pogrążony w smutku, ale próbując zasnąć, w kącie swojego pudełka przez cały dzień, choć przez cały czas jedno lub oba oczy były lekko otwarte. Ani razu nie przyłapałem go z zamkniętymi oczami.

Kiedy nadchodzi ranek, Thoreau wyrusza, aby zwrócić ptaka do domu, wiosłując z powrotem na wzgórze z cykutą. Jednak ku jego zdziwieniu sowa nie chce opuścić pudełka i trzeba ją delikatnie z niego wytrząsnąć. Z głębokim szacunkiem dla tego stworzenia, tego umysłu tak niepojętego, a jednocześnie tak dziwnie pokrewnego, nagrywa ich pożegnanie:

Stał tam na trawie, początkowo oszołomiony, z uniesionymi rogami i patrzył na mnie. W tym mocnym świetle źrenice jego oczu nagle się zwęziły, a tęczówka rozszerzyła, aż zamieniły się w dwie wielkie, mosiężne kule z jedynie centralnym punktem. Jego postawa wyrażała przede wszystkim zdziwienie. Musiałem go trochę podrzucić do góry, żeby poczuł skrzydła, a potem poleciał nisko i ciężko do hikory na zboczu wzgórza, dwadzieścia prętów dalej.

Jest w tej historii coś przejmującego — niepokojące przypomnienie tego, jak my również przyzwyczailiśmy się do fałszywych wygód, jakie niosą ze sobą nasze pułapki, jak niechętnie opuszczamy je w obawie przed wolnością, jak my również możemy potrzebować delikatnego pchnięcia, aby poczuć własne skrzydła. Nasz nawykowy sposób widzenia jest także pocieszeniem i pułapką. W innym wpisie Thoreau zastanawia się, jak to by było „być świadkiem życia w lesie oczami sowy, po czym dochodzi do wniosku, że to, co postrzegamy w świecie, jest tym, co w nim otrzymujemy, a każdy człowiek „otrzymuje tylko to, na co jest gotowy przyjąć, czy to fizycznie, intelektualnie, czy moralnie”.

Grafika autorstwa Jackie Morris z Zagubione Zaklęcia

Uzupełnij dziwną i cudowną naukę jak sowy słyszą dźwiękiema następnie ponownie odwiedź Thoreau żyć stratą, Droga Mleczna i sens życiai jego Przewodnik introwertyka po przyjaźni.

źródło

0 0 głosów
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Wszystkie
Follow by Email
LinkedIn
Share
Copy link
Adres URL został pomyślnie skopiowany!
0
Would love your thoughts, please comment.x