Annie Dillard o Nieświadomości – margines

Annie Dillard o Nieświadomości – margines
Annie Dillard o Nieświadomości – margines

Przechadzając się po galerii o białych ścianach podczas pokazu dyplomowego jednej z najbardziej cenionych szkół artystycznych w Nowym Jorku, pomiędzy pięknymi młodymi ludźmi z twarzami na Instagramie, uderzyło mnie, jak projekt za projektem podejmował jako temat najmniej trwały, najbardziej iluzoryczny aspekt ludzkiej egzystencji: jaźń. Gdzie była Iris Murdoch w życiu tych wschodzących artystów, która przypominała im, że sztuka w najlepszym wydaniu jest taka? „okazja do wyrzeczenia się siebie”? A jednak kto mógłby ich winić: nie tylko ich pokolenie, ale cała nasza kultura zdaje się zapominać, że tożsamość i opinie to najmniej interesująca część ludzi – zmarszczki na powierzchni oceanu duszy, połyskujące, ale płytkie, przepuszczalne dla każdego podmuchu wiatru, nieistotne dla głębin.

Nagle przypomniał mi się esej pt Annie Dillard z jej arcydzieła z 1974 roku Pielgrzym w Tinker Creek (biblioteka publiczna), która przyniosła jej nagrodę Pulitzera i do której często wracam jako podstawowy środek nawadniający duszę. Jego tematem jest doświadczenie Dillarda polegające na „śledzeniu” piżmakata w Tinker Creek. Jego celem – podobnie jak każdego eseju Annie Dillard i każdego wielkiego eseju – jest to, co to znaczy żyć.

Piżmak (Fot.: Tom Koerner/USFWS)

Epokę wcześniej można było sobie wyobrazić, że dowolny fragment „ja” mógł natychmiast stanąć przed ogólnoświatowym lustrem złożonym z milionów ludzi, że każde doświadczenie można było sfotografować i natychmiast stać się nie tylko „upamiętnieniem samego siebie” (jak stwierdził Italo Calvino tak proroczo to ująłem), ale utowarowienie wewnętrznego świata sprzedawanego na podobne, Dillard pisze:

W ciągu czterdziestu minut, które oglądałem [the muskrat]nigdy mnie nie widział, nie poczuł, ani w ogóle mnie nie usłyszał.

[…]

Ja też nigdy nie wiedziałam, że tam jestem. Przez te czterdzieści minut wczoraj wieczorem byłem tak wrażliwy i niemy jak klisza fotograficzna; Otrzymałem wydruki, ale nie wydrukowałem podpisów. Moja samoświadomość zniknęła; wydaje się teraz prawie tak, jakbym, gdybym był podłączony do elektrod, mój zapis EEG byłby płaski. Robiłem tego rodzaju rzeczy tak często, że straciłem świadomość, że poruszam się powoli i nagle się zatrzymuję; jest to teraz dla mnie druga natura. Często zauważyłem, że nawet kilka minut zapomnienia o sobie jest niezwykle orzeźwiające. Zastanawiam się, czy nie marnujemy większości naszej energii, spędzając każdą minutę na mówieniu sobie „cześć”.

Po kilku fragmentach łączących Heraklita i Heisenberga w wirtuozowski sposób, który sprawia, że ​​utwór staje się symfonią myśli i uczuć, Dillard cytuje: Martina Bubera cytując starego nauczyciela Kabały:

Kiedy idziesz przez pola z czystym i świętym umysłem, wówczas ze wszystkich kamieni, wszystkich roślin i wszystkich zwierząt wychodzą iskry ich dusz i przylegają do ciebie, a następnie zostają oczyszczone i stają się w tobie świętym ogniem.

Dziesięć lat później mówić w Portland’s cudowny Sztuki Literackieuważałaby ten fragment za swój ulubiony w całej swojej książce. Ale jej własne słowa uważam za równie wyjaśniające i uświęcające:

Zadziwiające, jak wiele osób nie może lub nie chce usiedzieć w miejscu. Nie mogłem lub nie chciałem wytrzymać w środku trzydziestu minut, ale nad strumieniem zwalniam, wyśrodkowuje się, jestem pusty.

Ilustracja autorstwa Maurice’a Sendaka z Dzień Otwarty dla Motyli przez Ruth Krauss

Na długo zanim neuronauka odkryła, jak takie chwile wyciszają aktywność sieci trybu domyślnego w mózgu i wprowadzają nas w zbawienny stan zwany „miękka fascynacja”, Dillard opisuje ten stan od środka:

Nie jestem podekscytowany; mój oddech jest powolny i regularny. W myślach nie mówię: Piżmak! Piżmak! Tam! Nic nie mówię. Jeśli muszę zająć jakieś stanowisko, nie „zamrażam”. Jeśli zamarznę, blokując mięśnie, zmęczę się i załamię. Zamiast być sztywnym, idę spokojnie. Koncentruję się gdziekolwiek jestem; Odnajduję równowagę i wyciszenie. Wycofuję się – nie do siebie, ale na zewnątrz siebie, tak że jestem tkanką zmysłów. Cokolwiek widzę, jest mnóstwo, obfitość. Jestem skórą wody, po której igra wiatr; Jestem płatkiem, piórkiem, kamieniem.

Być może to właśnie miała na myśli Willa Cather jej idealna definicja szczęścia jako „rozpuszczenie się w coś kompletnego i wielkiego”, co „przychodzi tak naturalnie jak sen” – rozpuszczenie siebie w całość Bytu, czyli to, co transcendentalistyczna królowa Margaret Fuller nazwała „Wszystkim” w swoim własnym znakomita relacja z jednego z takich doświadczeń półtora wieku wcześniej. To także jest pulsująca prawda leżąca u podstaw często cytowanego spostrzeżenia samego Dillarda – będącego dziś aktem oskarżenia – że „To, jak spędzamy dni, jest oczywiście tym, w jaki sposób spędzamy życie”.

Połącz ten mały fragment nieskończenie gaszącego duszę Pielgrzym w Tinker Creek z Lorenem Eiseleyem — kolejnym z największych eseistów ludzkości — na piżmak i sens życiaa następnie ponownie odwiedź Hermanna Hessego odkrycie duszy pod sobą i Annie Dillard klasyczna medytacja nad znaczeniem życia w świetle całkowitego zaćmienia słońca.

źródło

0 0 głosów
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Wszystkie
Follow by Email
LinkedIn
Share
Copy link
Adres URL został pomyślnie skopiowany!
0
Would love your thoughts, please comment.x